Panama

IMG_1059

Panama i krótki epizod z Kanadą i Kostaryką

Termin: 04.03.2017 – 20.03.2017

Jak dostaliśmy się na miejsce: Warszawa (WAW) – Amsterdam (AMS) – Toronto (YYZ) – Panama City (PTY) – Frankfurt (FRA) – Warszawa   (WAW)

Trasa na miejscu:

04-05.03.2017 Przeloty
05-08.03.2017 Miasto Panama , Kanał Panamski
08-11.03.20117 Archipelag  Bocas del Toro
11-13.03.2017 Cahuita Kostaryka
13-15.03.2017 Boca Chica, Boca Brava, David, Chiriquí, Panama
16-20.03.2017  Panama City, El Valle

Panama map.jpg

Informacje praktyczne:

Wiza:

  • Panama: Obywatele Polski są zwolnieni z obowiązku wizowego przy wjeździe do Panamy. Przy wjeździe możemy zostać poproszeni o okazanie biletu powrotnego lub na kontynuację podróży, potwierdzającego, że opuścimy Panamę. Na przejściach lądowych wystarczy zakup biletu autobusowego na drugą stronę granicy. Na przejściach lądowych, zarówno przy wjeździe jak i przy wyjeździe trzeba zapłacić podatek $4 os osoby (nie dotyczy niemowląt), w przypadku lotów opłata jest już wliczona w cenę biletu. Na granicy pobierane są odciski palców (tylko od dorosłych) oraz trzeba złożyć deklarację imigracyjną, ta koncentruje się na przywożonej do Panamy gotowce i instrumentach finansowych.
  • Kostaryka: Obywatele Polski są zwolnieni z obowiązku wizowego przy wjeździe do Kostaryki. Podobnie jak w przypadku Panamy możemy zostać poproszeni o okazanie biletu potwierdzającego, że opuścimy Kostarykę, dodatkowo celnik może zażądać żółtej książeczki szczepień. Więcej na ten temat w sekcji o szczepieniach, poniżej. W Kostaryce nie ma opłaty wjazdowej, ale za to płaci się podatek przy opuszczeniu kraju – $8 od osoby, w tym także za niemowlęta. Na lotniskach opłata wynosi $29 i podobno od 2017 jest stopniowo wliczana w cenę biletu.
  • Kanada: Lecieliśmy z przesiadka w Toronto. Co prawda Polacy są zwolnieni z obowiązku wizowego do Kanady to mimo wszystko jest trochę formalności,  które trzeba dopełnić jeszcze przed podróżą. Przede wszystkim eTA (Electronic Travel Authorisation).  eTA to coś w rodzaju informacji dla Kanady, że planujemy się tam wybrać i okazja aby nas skontrolować zanim fizycznie pojawimy się na miejscu.  Formularz wypełnia się na stronie (link: http://www.cic.gc.ca/english/visit/eta-start-pl.asp) podając sporo szczegółów o jakie mogliby zapytać pracownicy imigracyjni. Na stronie jest dostępna także informacja po polsku, choć sam formularz jest już tylko po angielsku i francusku. W ramach wszechobecnej politycznej poprawności deklarując płeć mamy do wyboru także opcję “inna” 🙂 Na koniec trzeba za całą przyjemność zapłacić 7CAD. Potwierdzenie ze mamy zgodę na wjazd do Kanady dostaniemy na maila,  w większości przypadków w ciągu kilku minut od wypełnienia formularza. Ważne żeby tego maila wydrukować i zatrzymać. Potwierdzenie eTA jest weryfikowane po kilka razy,  w naszym przypadku na lotnisku w Warszawie przy check in, na lotnisku w Amsterdamie podczas kontroli granicznej i przy boardingu do samolotu. Bez tego nie zostaniemy wpuszczeni na pokład. Po przylocie kanadyjskie służby imigracyjne mają już wszystkie informacje w systemie i nie sprawdzają wydruku.  eTA wydawana jest na 5 lat, warto zatem zachować maila z potwierdzeniem bo nie ma opcji ponownej wysyłki. Kolejny dokument to deklaracja imigracyjna,  druki wydawane są już podczas lotu. Naszych rodaków wybierających się do Kanady szczególnie może zainteresować podpunkt dotyczący przewozu mięsa i wyrobów mlecznych,  których nie wolno wwozić. – “Ale jak to suchej krakowskiej nie wolno?” Nie wolno, choć i tak już pewnie jest dostępna w jakimś polskim sklepie na miejscu. Podczas kontroli paszportowej deklaracja jest szczegółowo weryfikowana. Pracownik imigracyjny czerwonym markerem pisze jakiś skrót na deklaracji i ten kwit jest jeszcze 2 razy sprawdzany zanim wyjdzie się z lotniska.  Zadeklarowaliśmy mleko w proszku dla Adasia, ale nie spowodowało to dodatkowych kontroli. Widzieliśmy jednak, ze wyrywkowo bagaż niektórych pasażerów był sprawdzany przed samym wyjściem z lotniska.

Szczepienia:

Zalecane: WZW A i B, dur brzuszny, tężec, opcjonalnie: wścieklizna. Tereny na wschód od Kanału Panamskiego, z wyłączeniem miasta Panama, są zagrożone występowaniem żółtej febry. To szczególnie ważne dla osób pragnących spędzić czas na plażach San Blas i Kuna Yala. Natomiast zagrożenie malarią występuje podobnie jak w przypadku żółtej febry na wschód od Kanału Panamskiego oraz w prowincji Ngäbe Buglé, na zachodzie kraju. Zarówno żółta febra jak i malaria przenoszone są głównie przez komary, dlatego zaopatrzenie się w repelent z DEET jest jak najbardziej wskazane. Warto też upewnić się, że w hotelu jest moskitiera. Jeżeli ktoś nie wybiera się do dżungli, to stężenie DEET większe niż 20% nie jest konieczne. Więcej informacji na temat żółtej febry i malarii w Panamie, wraz z mapami występowania, można znaleźć na stronie Centrum profilaktyki i zapobiegania chorobom: https://wwwnc.cdc.gov/travel/yellowbook/2018/infectious-diseases-related-to-travel/yellow-fever-malaria-information-by-country/panama#seldyfm879 (tylko po angielsku).

W przypadku Kostaryki, warto pamiętać, że kraj ten przy wjeździe wymaga okazania żółtej książeczki szczepień z potwierdzonym szczepieniem na żółtą febrę, jeżeli wcześniej odwiedzaliśmy kraj gdzie żółta febra występuje. Dotyczy większości krajów Ameryki Południowej oraz Afryki środkowej . Internet pełen jest wpisów osób, które boleśnie się o tym przekonały an lotnisku w San Jose, lub jeszcze przed wylotem. Ponieważ szczepionka powinna być podana z przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem, nie da się jej po prostu załatwić na miejscu. Informacje odnośnie wymogu okazania książeczki ze szczepieniami przy podróży z Panamy do Kostaryki są sprzeczne. W naszym przypadku książeczek nie sprawdzano, co nie znaczy, że jest to reguła.

Sezon:

Pora sucha od grudnia do kwietnia

Różnica czasu:

  • Panama: (ETZ) -6 godz. w stosunku do Polski
  • Kostaryka: (CST) -7 godz. w stosunku do Polski

Przewodniki:

  • „Panama” Lonely Planet, Edycja 7, Październik 2016
  • „Costa Rica” Lonely Planet, Edycja 1, Grudzień 2010

Wtyczki elektryczne:

Zarówno Panama, Kostaryka jak i Kanada stosują amerykańskie wtyczki (typ A/B) z napięciem 120V i częstotliwością 60 Hz. To znaczy, że nie tylko końcówki są inne niż te, których używamy codziennie w Polsce, ale także napięcie i częstotliwość. Większość współczesnych urządzeń elektrycznych (telefony, tablety, laptopy) jest przystosowanych do działania w obu zakresach. Taką informację można znaleźć m.in. na ładowarce od telefonu. Z innymi urządzeniami może być różnie, stara suszarka nie koniecznie nam zadziała, wymagałaby zabrania wybitnie nie praktycznego transformatora.

Pieniądze i koszty:

Formalnie Panama ma własną walutę, która nazywa się Balboa. W praktyce są to amerykańskie dolary. Lokalnie tłoczone są monety ale amerykańskie centy też są powszechnie akceptowane.  Łatwo się zatem zaopatrzyć się w dolary jeszcze w kraju przed wylotem. Co do kosztów to te są dość zróżnicowane,  w każdym razie jest drożej niż w Polsce. Co prawda w Panama City można bez problemu znaleźć nocleg na $40-$50 w 4-gwizdkowym hotelu, to z drugiej strony backpackerski hotel bez klimatyzacji i bez cieplej wody w Bocas del Toro to często koszt $35,  opcje z klimatyzacją oscylowały ok. $50-$70. Nie mówimy tu o jakimś wybitnym standardzie. Knajpy ku naszemu zaskoczeniu mają ceny na poziomie europejskim. Danie to koszt $10-$15, napój to $2-$3, drink $3-$6. Zarówno w hotelach jak i w knajpach ceny podane są bez podatku, zatem trzeba doliczyć jeszcze 7%. Posiłek dla 2 osób to średnio $25-$35 z napojami. Jak się popuści wodze fantazji to łatwo przekroczyć $40-$50. Oczywiście da się znaleźć też jadłodajnie gdzie za $12 najedzą się dwie osoby, ale te są raczej rzadkością w natłoku tych droższych.

Transport jest relatywnie tani, za przejechanie niemal całego kraju z Panama City do David zapłacimy $15-$19, ta sama trasa samolotem to wydatek ok. $65 (Copa Airlines). W przypadku lotów AirPanama, małymi turbośmigłowymi samolocikami na maleńkie lotniska, trzeba się już liczyć z kosztami ok. $100-$150 za osobę w jedną stronę. Warto o tym pamiętać układając plan podróży. W przypadku archipelagu Kuna Yala, ten maleńki samolot to w zasadzie jedyna opcja dostania się na miejsce.

Dzień 1 – O lotach dalekodystansowych z dzieckiem słów kilka

Na pierwszy rzut oka, lot z Warszawy do Panamy przez Toronto kompletnie nie ma sensu. W końcu gdzie Panama a gdzie Kanada? To przecież nie po drodze. W praktyce, jak uwzględni się kulistość Ziemi to okazuje się, że przez Toronto nadkłada się około 1000 km w stosunku do lotu bezpośredniego, czyli mniej więcej tyle co z lot z Warszawy do Amsterdamu. Z braku bezpośrednich lotów, przesiadka w Toronto jest zatem całkiem racjonalnym wyborem. Dodatkowo spora kanadyjska emigracja w Panamie powoduje, że podaż na tym kierunku jest wysoka a ceny niskie. Oczywiście mowa tutaj nie o emigracji zarobkowej. Do Panamy (i w jeszcze większym stopniu do Kostaryki) chętnie przenoszą się Amerykańscy i Kanadyjscy emeryci. Podobnie jak w Europie Niemcy czy Holendrzy na Baleary czy greckie wysepki.

Jeżeli chodzi o sam przelot to szczególne uznanie należy się pani z check-in PLL LOT w Warszawie.  Bilet do Amsterdamu oraz bilet Air Canada z Amsterdamu do Toronto mieliśmy na osobnych rezerwacjach.  W praktyce oznacza to ze po wylądowaniu w Amsterdamie powinniśmy odebrać bagaże i nadać je ponownie na nowy lot oraz przejść jeszcze raz przez kontrolę bezpieczeństwa. Amsterdam to duże lotnisko wiec szykowało się sporo biegania. Perspektywa szczególnie nieciekawa, że na przesiadkę mieliśmy niewiele ponad 2 godziny. Z początku chcieliśmy chociaż poprosić o przywieszkę na bagaż aby po wylądowaniu został dostarczony na taśmę bagażową priorytetowo, jednak pani w check in w Warszawie po sprawdzeniu naszych biletów air Canada oznajmiła,  że bez problemu może nadać nam bagaż od razu do Toronto! Extra! Oszczędziło nam to mnóstwo biegania i stresów gdyby lot do Amsterdamu miał opóźnienie. Brawa należą się także obsłudze na pokładzie. W zasadzie na każdym odcinku  starała nam się we wszystkim pomóc.  Adaś dostał kocyk i poduszkę, i przespał w zasadzie cały lot do Amsterdamu.

Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że obsługa na lotnisku nie miała obowiązku nadania naszych bagaży do kolejnego portu. Kupno biletów na osobnych rezerwacjach odbywa się zawsze na własne ryzyko, a nadanie bagaży jest możliwe tylko w przypadku linii ze sobą współpracujących (umowy code share lub interlinie), najczęściej dotyczy to linii zrzeszonych w sojuszach jak np. Star Alliance, Sky Team czy One World.

Na locie do Toronto również trafiliśmy na przesympatyczna obsługę, jak się okazało jedna ze stewardess mówiła po Polsku, polskiego się nauczyła bo często odwiedza nasz kraj. Ciekawym akcentem związanym z tym faktem był dobór utworu, który poleciał z głośników po wylądowaniu w Toronto. Otóż gdy pasażerowie opuszczali samolot z głośników słychać było dobrze nam znane „sto lat” 🙂

Z ośmiogodzinnego lotu Adaś przespał zaledwie 30 min. Trzeba przyznać, że jest to nie lada wyzwanie. Przez większość czasu nie płakał,  ale był mocno angażujący. Szczególnym zainteresowaniem obdarzył drzwi od toalety 🙂 Nie tylko inaczej się otwierają, ale w dodatku jak ktoś jest w środku to napis na toalecie jest na czerwono, a jak nikogo nie ma to na zielono. Upewnienie się, że w innych toaletach jest tak samo oraz kontrola kuchni zajęły nam ok. 2 godziny 🙂

W takich podróżach ważne, żeby zabrać ze sobą kilka ulubionych zabawek, przytulankę,  książeczki ewentualnie tablet z bajkami.  Samolot jest wyposażony w ekrany z filmami,  w tym także dla dzieci,  jednak nigdy nie ma pewności co dokładnie będzie dostępne. W naszym przypadku wybór filmów był przyzwoity ale oferta dla dzieci koncentrowała się na starszych dzieciakach,  które już same wiedzą co chcą oglądać np. „Kraina lodu”. Oczywiście nie ma co liczyć na polską wersję językową. Zatem tablet z własnym wyborem bajek jest dobrym rozwiązaniem. Dodatkowo siedzenia są wyposażone w gniazdka (USB i tradycyjne z końcówkami amerykańskimi) więc jest możliwość doładowania urządzeń w trakcie podroży. Jednak trzeba pamiętać, że dla tak małych dzieci, bajka na tablecie to zajęcie na ok. godzinę lotu.

Jeżeli chodzi o posiłki dla niemowląt, to obsługa bez problemu podgrzeje jedzenie dla dziecka. Trzeba tylko pamiętać, że na pokładzie nie ma mikrofali, a talerze i miseczki, które można wstawić do piekarnika to na pokładzie towar deficytowy (na porcelanie jedzenie dostaje biznes klasa, ekonomiczna może liczyć co najwyżej na celofanowe pojemniczki).

Na lotach samolotami szerokokadłubowymi często jest możliwość zarezerwowania specjalnego kojca dla niemowlęcia. Jest to bardzo wygodne rozwiązanie bo zostawia pełną swobodę rodzicom, a i dziecku jest wygodniej niż na rękach rodziców.

IMG_1254

Adaś w swojej pierwszej klasie

W praktyce okazuje się, że wszystko zależy od linii. AirCanada oferuje takie kojce jedynie dla dzieci do 4 miesiąca życia. Na szczęście na pokładzie było dość luźno i zamiast dwóch miejsc mogliśmy zająć trzy miejsca na końcu samolotu. Lufthansa natomiast oferuje kojce dla dzieci do 2 lat, jednak pobiera dodatkową opłatę za rezerwację miejsca dla rodzica obok kojca (100 PLN od osoby).

W Toronto wylądowaliśmy ok. 14:00 czasu lokalnego. Pierwotnie mieliśmy w planach krótki spacer po mieście, zobaczenie chociaż kawałka Toronto przed dalszą podróżą. Pogoda jednak trochę pokrzyżowała nam plany. Choć świeciło piękne słońce, a niebo było pozbawione chmur, to niestety temperatura ok. -10°C skutecznie odwiodła nas od wszelkich pomysłów związanych z aktywnością na świeżym powietrzu. Nasza garderoba w walizce była przewidziana na odrobinę cieplejsze warunki.

Zmiana strefy czasowej i masa nowych wrażeń sprawiły, że Adaś zasnął dopiero ok 19:00 czasu lokalnego czasu (1:00 w nocy czasu w Polsce) i pięknie przespał całą noc. Okazało się to zbawienną taktyką na jet lag, bo przez resztę wyjazdu bez problemu wszyscy funkcjonowaliśmy w nowej strefie czasowej 🙂

Dzień 2 – Pierwsze kroki w Panamie – o tym jak skomplikować dojazd z lotniska

Lot z Toronto do Panamy trwa ok. 5.5h. Na miejscu byliśmy po 15 czasu lokalnego. Z tym komplikowaniem dojazdu to może trochę na wyrost. Lotnisko Tocumen położone jest 21 km na wschód od Panamy. Na lotnisko prowadzi wygodna dwupasmowa druga, która na wjeździe do miasta rozdziela się na obwodnicę północną (Corredor Norte) i południową (Corredor Sur), poprowadzoną estakadą nad Pacyfikiem. Oba odcinki są płatne, a system wymaga zakupienia naklejki magnetycznej na szybę i doładowania konta w kiosku. System jest w pełni automatyczny i pozwala przejechać przez punkt kontroli bez zatrzymywania się. Wynajmując samochód trzeba się upewnić, że został wyposażony w naklejkę a nasza taryfa obejmuje przejazd odcinkami płatnymi.

Oczywiście nie każdy musi chcieć wynająć samochód (więcej na temat wynajmu samochodu w Panamie pod koniec wpisu, przedostatniego dnia wynajmowaliśmy samochód na jeden dzień). Koszt taksówki z lotniska to $30. Po negocjacjach można zejść do $25. Generalnie są to stałe stawki i w zasadzie nie negocjowalne. Wynika to z faktu, że nie ma za bardzo alternatywy. Pod sam terminal lotniska transport publiczny nie dojeżdża.

Jednak ok. 600 metrów od terminala jest rondo gdzie zatrzymują się autobusy jadące do Panamy. Po wyjściu z terminala trzeba kierować się w prawo, następnie wzdłuż parkingu. Po drodze są znaki „Metrobus” – to oznaczenie transportu miejskiego. Kurs autobusem to już tylko $1.25. Ważne aby zwrócić uwagę na oznaczenie autobusu i wybranie tego, który jedzie „Corredor Sur”, pozostałe nie korzystające z obwodnicy, potrafią utknąć w korkach nawet na 2 godziny. Tutaj wpis o transporcie z lotniska mógłby się kończyć gdyby nie jeden haczyk. Otóż „Metrobusy” działają w systemie bezgotówkowym, na karty zbliżeniowe. Rzecz w tym, że tej karty nie można ani kupić ani doładować na lotnisku… 🙂

Powszechną praktyką wśród osób, które nie mają karty jest poproszenie któregoś z innych pasażerów, żeby pyknął kartą zbliżeniową za nas i wręczenie mu gotówki.

Oprócz miejskiego systemu Metrobus w Panamie są też dostępne autobusy prywatne, powszechnie nazywane Diablo Rojos (Czerwone Diabły). Wyglądają jak tradycyjne amerykańskie autobusy szkolne, tylko są trochę bardziej pstrokate. Ich nazwa podobno bierze się z połączenia zazwyczaj czerwonego koloru autobusu z faktem, że ich kierowcy jeżdżą jak wariaci i odróżniają tylko dwie pozycje w jakich może być pedał gazu – wciśnięty do oporu lub nie wciśnięty wcale 🙂

IMG_1049.JPG

Diablo Rojos

Te autobusy także dojeżdżają do ronda przy lotnisku i można w nich płacić gotówką. Niestety w przeciwieństwie do Metrobusów nie mają wyznaczonego rozkładu, także przejazd nimi może być swoistą loterią.

Przydatną informacją może być fakt, że na odcinku między terminalem a rondem z autobusami (wspomniane 600 m.), także stawki za taksówki zaczynają spadać. Na samym rondzie również czekają taksówki, których cennik szczególnie spada gdy autobus pojawia się na horyzoncie. Jeden z kursów udało nam się pokonać dzięki temu za $10. Oczywiście przejazd odbył się z pominięciem płatnych odcinków oraz z silnym przekonaniem, że kierowca tak czy siak potrzebował dostać się do miasta i zgodził się na jakąkolwiek stawkę byle nie jechać na pusto.

Dzień 3 – Miasto Panama

Zaczynamy od spaceru wzdłuż bulwaru Avenida Balboa.  Bulwar jest świetnie przystosowany do rekreacji,  wytyczone są ścieżki rowerowe, kładki dla pieszych nad ruchliwą trasą oraz liczne miejsca gdzie można usiąść i odpocząć, pograć w koszykówkę czy siatkówkę plażową.  Z bulwaru rozpościera się imponujący widok na wieżowce. Miasto ma imponującą panoramę.

IMG_0589

Avenida Balboa

Większość biurowców to banki, system podatkowy stwarza tutaj liczne możliwości dla biznesu. Podatek dla spółek nie prowadzących działalności lokalnie wynosi 0%. Prawo zezwala na zakładanie spółek z dyrektorem nominowanym, co gwarantuje anonimowość, natomiast akcje spółek są akcjami na okaziciela, co również zapewnia anonimowość udziałowców. Minimalny kapitał zakładowy to $10000, jednak nie ma konieczności jego wpłaty, więc można założyć spółkę nawet z kapitałem $1. Nie ma nawet obowiązku prowadzenia księgowości. Zastąpienie waluty amerykańskimi dolarami eliminuje także ryzyko kursowe 🙂

Miasto Panama zostało założone w 1519 roku przez hiszpańskich konkwistadorów, krótko po tym gdy Vasco Núñez de Balboa jako pierwszy Europejczyk dotarł do Oceanu Spokojnego (1513 r.). Miasto szybko stało się ważnym ośrodkiem handlu i religii. W 1671 jednak zostało doszczętnie splądrowane i zniszczone przez brytyjskiego pirata Kapitana Henry’ego Morgana. Pozostałości dawnego miasta można podziwiać dzisiaj wybierając się do Panama Viejo. Są to ruiny spośród, których ledwo można dostrzec kontury dawnych zabudowań.

Miasto zostało odbudowane 8 km na południowy zachód, w miejscu obecnie nazywanym Casco Viejo. Nowa lokalizacja była znacznie łatwiejsza do obrony, półwysep okalają rafy utrudniające podpłynięcie statków, całość zaś została otoczona murem. Jeszcze na początku XX wieku, gdy rozpoczynała się budowa kanału panamskiego, całe miasto Panama to był właśnie ten otoczony murem półwysep. Dopiero z czasem miasto zaczęło się rozrastać na wschód, elity opuściły Casco Viejo, które znacząco podupadło i przekształciło się w slumsy.

W 2003 roku Casco Viejo zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, a fasady budynków przeszły gruntowną renowację. Dzięki temu dziś możemy podziwiać cały kwartał pięknych i niezwykle urokliwych budynków w stylu kolonialnym.

IMG_1101.JPG

Casco Viejo

Szwędając się po uliczkach Casco Viejo koniecznie trzeba zajrzeć do Kościoła pod wezwaniem św. Jana (Iglesia de San Jose). Znajduje się tam złoty ołtarz, jedyna nie zrabowana przez Kapitana Morgana pozostałość po starym mieście Panama. Legenda głosi, że gdy rozeszła się wieść o zbliżającym się Kapitanie Morganie, lokalny ksiądz nakazał pomalowanie ołtarza na czarno. Kapitanowi Morganowi natomiast przekazał informację, że ołtarz został skradziony przez innego pirata i poprosił o daninę na nowy. Kapitan Morgan miał wówczas powiedzieć: „nie wiem czemu, ale wydaje  mi się, że jesteś większym piratem niż ja…”

DSC_0045

Złoty ołtarz

Na południowym cyplu Casco Viejo znajduje się plac francuski (Plaza de Francia). Powstał dla upamiętnienia przeszło 22 tysięcy ludzi, którzy zginęli próbując wybudować kanał. Z podwyższenia za placem rozpościera się piękny widok na panoramę miasta. Z drugiej strony natomiast można podziwiać wejście do kanału panamskiego i statki formujące się w kolejkę.

Casco Viejo pełne jest małych kościółków, placyków i historycznych budynków. Warto pojawić się tutaj zarówno z samego rana by w spokoju podziwiać architekturę jak i wieczorem by poczuć jak cały półwysep tętni życiem.

DSC_0051.JPG

Widok na ocean z Casco Viejo nieco psuje autostrada, która została poprowadzona od strony oceanu na ośmiometrowych pylonach ok. 200 metrów od brzegu. Projekt wart blisko $190 milionów, który powstawał bez specjalnej troski o środowisko i miał rozwiązać problemy związane z ruchem ulicznym. Okazał się niewypałem, oszczędność czasu jest znikoma, a korki tworzą się dalej tylko w innym miejscu. Wygląda na to, że dziwne przetargi to domena nie tylko naszych polityków.

DSC_0349.JPG

Panorama miasta z autostradą wokół Casco Viejo

Dzień 4 – Kanał Panamski

Kanał Panamski to bez wątpienia jeden z największych cudów współczesnej inżynierii. Po przeszło stu latach funkcjonowania to wciąż jeden z głównych morskich szlaków handlowych.  Rozpościera się na odcinku 80 km i obsługuje ok. 14 000 statków rocznie. Pozwala na skrócenie podróży między Oceanem Spokojnym a Oceanem Atlantyckim o przeszło 14 000 km.

DSC_0095.JPG

Śluza Miraflores

Pierwszą próbę przekopania kanału podjęli w 1881 roku Francuzi. Niejaki Ferdinand de Lesseps po sukcesie w przekopaniu Kanału Sueskiego zebrał pokaźne środki na budowę kanału Panamskiego. Pan Ferdinand uznał, że skoro dystans do przekopania to zaledwie 40% tego co powstało w Suezie, to musi to być proste zadanie. Podobnie jak w Suezie planował przekopanie kanału na poziomie morza. Nie wziął pod uwagę gęstej dżungli, bardziej skomplikowanego ukształtowania terenu, konieczności wybudowania śluz ani takiego szczegółu jak tropikalny klimat i związane z nim choroby. Podobno pan De Lesseps odwiedził miejsce budowy zalewie kilka razy i to zawsze w porze suchej (cztery miesiące w ciągu roku). W porze deszczowej fale na rzece Chagres, gdzie rozpoczęły się prace budowlane, osiągały nawet 10 metrów i skutecznie podmywały konstrukcję. Budowlańcy nie byli także przygotowani na kontakt z jadowitymi wężami i pająkami wychodzącymi z dżungli. Jednak największą zmorą były komary i roznoszona przez nie żółta febra i malaria. Szacuje się, że śmierć przy budowie kanału poniosło 22 000 osób, w 1884 roku ginęło średnio 200 osób miesięcznie. Ciężko o dokładne statystyki ile spośród nich było wynikiem chorób, fakt, że żółta febra jest przenoszona przez komary został odkryty później (choć budowa kanału miała znaczący wkład w badania nad żółtą febrą i malarią). Statystyki były skrzętnie ukrywane by nie zniechęcać nowych pracowników płynących z Francji. Pan De Lesseps kontynuował zbieranie funduszy oraz zatrudnianie kolejnych pracowników jeszcze długo po tym gdy stało się oczywiste, że pierwotne założenia konstrukcyjne są niemożliwe do zrealizowania. Ostatecznie w 1889 roku ogłoszono bankructwo i przerwano prace. Rachunek wyniósł 287 milionów dolarów i oszczędności ponad ośmiuset tysięcy inwestorów. Pan De Lesseps i jego koledzy (w tym Gustav Eiffel) stanęli przed sądem zostali skazani. Pan De Lesseps jednak nigdy do więzienia nie trafił…

Kolejną próbę podjęli amerykanie w 1904 roku. Wnioski z porażki francuzów zostały wyciągnięte. Do tego czasu wiadomo już było, że żółta febra i malarią są przenoszone przez komary, zainwestowano więc w nowe budynki socjalne dla pracowników, które były dezynfekowane dymem oraz wyposażone w siatki na komary. Nowy system kanalizacyjny ograniczał stojącą wodę, przy której łatwo gromadzą się komary.

W 1906 uznano, że budowa kanału na poziomie morza jest nie do osiągnięcia i należy stworzyć system śluz, które będą podnosić statek o 26 metrów ponad poziom morza, tworząc tym samym największe wówczas sztuczne jezioro Gatun oraz największą wówczas tamę. Amerykanie zainwestowali także w linię kolejową i znacznie nowocześniejszy sprzęt do wywożenia urobku dzięki czemu prace przebiegały znacznie szybciej. W październiku 1913 roku został wysadzony ostatni wał i tym samym łącząc Ocean Atlantycki i Spokojny. Otwarcie kanału nastąpiło w 1914 roku. Amerykański rachunek to 375 milionów dolarów (równowartość współczesnych 9 miliardów dolarów).

DSC_0111.JPG

Statek po zamknięciu śluzy

Kanał posiada trzy zestawy śluz – od strony Atlantyku śluza Gatun, gdzie w trzech etapach statki podnoszone są o 26.5 metra, do poziomu jeziora Gatun, śluza Pedro-Miguel, gdzie statki opuszczane są 9.5 metra oraz dwuetapowa śluza Miraflores gdzie statki opuszczane są o pozostałe 16.5 metra. Każda śluza ma długość 320 metrów i szerokość 33.53 metra. Ze względu na wagę jaką kanał Panamski odgrywa w światowym transporcie, statki tzw. Panamax są projektowane właśnie z myślą o tych wymiarach.

Ciekawym aspektem są opłaty za przepłynięcie kanałem. Są one uzależnione od typu statku (pasażerski czy cargo), jego długości oraz wagi. Kontenerowiec typu Panamax może przewozić nawet 4400 kontenerów. Stawki oscylują miedzy $60 a $90 za kontener, w zależności czy załadowany czy pusty. Zatem jedno przepłynięcie takiego kontenerowca może łatwo przekroczyć $300 000. Jak dotąd rekordzistą jest norweski liniowiec Norwegian Pearl, za którego przepłynięcie kanałem zapłacono $375 600. Natomiast najniższą zapłaconą dotychczas stawkę uiścił Amerykanin Richard Halliburton, który w 1928 roku przepłynął kanał wpław. Opłata wyniosła $0.36. Przychody z kanału Panamskiego stanowią ok. 10% produktu krajowego brutto.

DSC_0117.JPG

Statek po opuszczeniu, na chwilę przed otwarciem śluzy

W 2007 roku, w wyniki referendum, podjęto decyzję o budowie nowego, równoległego kanału panamskiego. Prace zostały zakończone na przełomie 2015 i 2016 roku, a pierwszy statek przepłynął nowym kanałem w lipcu 2016 roku. Nowy kanał nie tylko podwoił przepustowość ale umożliwił korzystanie kanału znacznie większym jednostkom tzw. New Panamax. Śluzy na nowym kanale mają 427 metrów długości, 55 metrów szerokości i 18.3 metra głębokości. Pozwala to na korzystanie z kanału kontenerowcom zabierającym nawet 12 000 kontenerów. Opłaty za tranzyt sięgają tu nawet $800 000. W 2017 spodziewany jest rekord, nowym kanałem ma przepłynąć jeden z gigantów pasażerskich, a opłata ma wynieść $1,5 mln.

Aby zobaczyć kanał panamski na żywo warto wybrać się na śluzę Miraflores, która znajduje się ok. 15 minut jazdy autobusem z dworca Albrook. Są dwie opcje dojazdu, można skorzystać z Metrobusa, który podjeżdża po samo wejście, ewentualnie z autobusów jadących do parku Gamboa, które wysadzają pasażerów ok. 10 min spaceru od śluzy Miraflores. Obok śluzy powstało centrum turystyczne, gdzie z tarasu widokowego na czwartym piętrze można poobserwować spektakl podnoszenia i opuszczania statków. Wejściówka kosztuje $15, w tej cenie jest także bardzo ciekawe muzeum gdzie można dowiedzieć się więcej o budowie kanału, z licznymi eksponatami wykorzystywanymi zarówno przez francuzów jak i amerykanów w konstrukcji kanału. Jest tam też ciekawa sekcja o roli jaką spełnił dla badań chorób przenoszonych przez komary oraz roli jaką pełni dla gospodarki Panamy. Do Miraflores warto wybrać się z samego rana, kiedy ruch statków jest większy. W ciągu doby kanał obsługuje ok. 30-40 statków.

IMG_0731.JPG

Widok na kanał panamski z samolotu

Jeśli kanał panamski odwiedzimy odpowiednio wcześnie to tego samego dnia można tez odwiedzić oddalony o 20 km park Gamboa i Parque Nacional Soberanía. Jest to nieliczne miejsce na świecie gdzie w tak łatwy i przystępny sposób można zobaczyć dżunglę. Jednak z informacji w przewodniku wynikało, że park nie jest zalecany osobom z małymi dziećmi, głównie ze względu na przemieszczanie się kajakami oraz brak zabezpieczeń na platformach nad wodą. Podobno niesamowitym przeżyciem jest nocleg w parku, choć jest to przyjemność, która nie należy do najtańszych. Więcej info tutaj: http://www.gamboaresort.com/

Dzień 5 – Bocas del Toro oraz anegdotka o życiu ekspatriantów w Panamie

Obieramy kurs na piękne plaże. Zaczynamy od popularnego kurortu na karaibskim wybrzeżu – Bocas del Toro czyli Usta Byka. Bocas del Toro to jednocześnie nazwa prowincji, archipelagu oraz  głównego miasta na wyspie Colón. Archipelag składa się z sześciu gęsto zalesionych wysp, w tym Isla Bastimentos, która jest najstarszym morskim parkiem narodowym w Panamie. Cały archipelag to raj dla amatorów pięknych plaż, nurkowania a także sportów wodnych, w szczególności surfingu. Kontynentalna część Bocas del Toro wespół z sąsiadującą prowincją Limón w Kostaryce słyną z plantacji bananów. Znana także nad Wisłą Chiquita Brands International eksportuje stąd 750 000 ton bananów rocznie.

Aby dostać się do Bocas drogą lądową trzeba spędzić 12 godzin w autobusie do Almirante ($29) i jeszcze 30 minut na łódce ($6). Alternatywą jest godzinny przelot. Połączenia krajowe, z wyjątkiem Copa Airlines do David, obsługiwane są przez AirPanama z lotniska Albrook, zaraz obok dworca autobusowego i centrum handlowego. Patrząc od strony centrum handlowego i dworca Albrook, terminal lotniska Albrook usytuowany jest z drugiej strony pasa startowego. W praktyce oznacza to, że jak ktoś przyjeżdża na dworzec metrem lub autobusem to i tak trzeba wziąć taksówkę, żeby objechać płytę lotniska dookoła i dostać się pod terminal (przejścia brak, chyba, że ktoś lubi biegać po autostradzie).

Z braku konkurencji oraz ze względu na flotę składającą się z małych, turbośmigłowych samolotów, AirPanama raczej nie rozpieszcza stawkami za loty. Godzinny lot do Bocas (popularny kierunek więc obsługiwany jednym z większych we flocie Fokkerem 50) otrzymujemy za $106 (taryfa promo). Samolot wyglądał jakby pamiętał jeszcze lata 90’. W cenie oprócz serwowanych na pokładzie krakersów jest także limit bagażu wynoszący raptem 14 kg. Nieważne, że lecisz z dzieckiem wózek też ma się w tym limicie zmieścić. Z drugiej strony niewątpliwym plusem AirPanama jest fakt, że oferują dość bogatą siatkę połączeń na mikro lotniska, które składają się w zasadzie wyłącznie z kawałka pasa startowego i budy imitującej terminal. Jest to w zasadzie jedyna opcja by odwiedzić np. archipelag Kuna Yala czy prowincję Darién, do których dotarcie drogą lądową jest możliwe raczej w teorii niż w praktyce.

IMG_0753.JPG

Bocas del Toro to kierunek z gatunku dla każdego coś miłego. Znajdziemy tutaj zarówno luksusowe wille umieszczone na palach nad wodą jak i małe backpackerskie hoteliki. Nie znajdziemy tutaj natomiast wielkich sieci hoteli, z gigantycznymi, wielopiętrowymi budynkami. Dominuje raczej niska zabudowa, małe hoteliki i kwatery o rożnym standardzie.  Przy czym ciepła woda to nie zawsze standard.

Pas startowy lotniska znajduje się praktycznie w centrum miasta Bocas.  Ponieważ samoloty lądują tu 3-4 razy w ciągu dnia to sąsiedztwo lotniska nie jest uciążliwe. Po przylocie trzeba jeszcze uiścić opłatę klimatyczną $3 i można ruszać w miasto. Pierwsze zdziwienie jakie wywołuje Bocas to trudność w znalezieniu plaży. Praktycznie całe miasto Bocas, zajmujące południowy cypel wyspy Colón, otoczone jest zabudową na palach. Można więc przejść spory kawałek nie widząc morza na oczy. W samym centrum Bocas znajdziemy liczne knajpki, z tarasami umieszczone właśnie nad wodą. Najbliższą plażę znajdziemy na przesmyku łączącym miasto Bocas z resztą wyspy. Jednak aby zobaczyć plaże jak z pocztówki trzeba się ruszyć kawałek dalej.

IMG_0757.JPG

Miasto Bocas del Toro

Anegdotka: tak to już czasem bywa podczas wyjazdów, że spotyka się ciekawych ludzi, nie inaczej było i tym razem. Do Bocas przylatywaliśmy porannym lotem. Klucze do pokoju mogliśmy odebrać dopiero od 12:00, więc mieliśmy jakieś 3-4 godziny do zagospodarowania. Udaliśmy się do lokalnej knajpki, gdzie ku naszemu zaskoczeniu trafiliśmy na parę Kanadyjczyków, która przyleciała z Toronto tym samym lotem co my. Bardzo sympatyczni ludzie z miasteczka gdzieś w preriowej prowincji Saskatchewan. Jednak anegdotka nie jest o sympatycznych Kanadyjczykach. Gdy rozmawialiśmy sobie w najlepsze o tym jak się żyje w Polsce a jak w Kanadzie dosiadła się do nas pewna Amerykanka. Pani z pewnością po osiemdziesiątce, która postanowiła spędzić emeryturę w Panamie. Jak sama stwierdziła w USA jej emerytura wystarczyłaby na przeciętne życie, a tutaj może żyć jak królowa. Zdążyła nam opowiedzieć jak to służbę trzeba cały czas kontrolować bo robią niedokładnie i jak ciężko o fachowców przy remontach. Z min siedzących obok Kanadyjczyków wyczytałem, że oni podobnie jak my nie mają służby w domu, ale wszyscy potakująco kiwaliśmy głowami i słuchaliśmy dalej. Dowiedzieliśmy się także, że stan Tennessee w latach jej młodości, wydał dla jej 4 letniego syna prawo jazdy, bo dziecko potrzebowało dokument ze zdjęciem do podróży…

Jednak kulminacyjnym momentem historii życia owej Pani (swoją drogą to niesamowite, jak łatwo niektórzy dzielą się szczegółami ze swojego życia z kompletnie obcymi ludźmi) był moment kiedy wyjaśniła co robi w Bocas. Pani na co dzień mieszka w Boquete, popularnej miejscowości wśród amerykańskich i kanadyjskich ekspatriantów, głównie ze względu na piękno przyrody oraz łagodniejszy, wyżynny klimat. Do Bocas przyjechała ponieważ wraz mężem planują sprzedać drugi dom na pobliskiej wyspie (gdybyśmy byli zainteresowani). Dom sprzedają bo… ślub mieli miesiąc temu i planują teraz wyruszyć w podróż poślubną po świecie!

Kurtyna, oklaski, pozamiatane, nie mam więcej pytań.

Dzień 6 – Bocas del Drago

Dla naprawdę pięknych karaibskich plaż warto wybrać się na drugi koniec wyspy Colón do Bocas del Drago. Busiki, a w zasadzie minivany zawiozą nas tam za $2.5 (ok 30 min). Odjazd sprzed parku Bolivar w centrum Bocas,  jest to jedyny park wiec ciężko się pomylić. Polecam zawczasu umówić się z kierowcą na powrót na konkretną godzinę, bo z chwilą gdy słońce zaczyna zachodzić chętnych na busa jest więcej niż dostępnych miejsc.

IMG_0784.JPG

Bocas del Drago

Widoki onieśmielają już w miejscu gdzie zatrzymuje się autobus. Warto jednak przespacerować się dalej wzdłuż wybrzeża. Po ok. 15 minutach dojdziemy do Starfish Beach (Plaża Rozgwiazd). Jak sama nazwa wskazuje, miejsce to upodobały sobie rozgwiazdy. Niestety masowa turystyka spowodowała,  ze coraz trudniej jakąś zobaczyć.  Zestaw obowiązkowy to maska i rurka,  lub chociaż same okularki do pływania. Za kilka dolarów jest też możliwość podpłynięcia tam łódką. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że to tylko 15 min spacer,  w dodatku wzdłuż bardzo malowniczego wybrzeża to jest to atrakcyjna opcja dla osób mających trudności w poruszaniu się lub wybitnie leniwych 🙂

DSC_0205.JPG

Starfish Beach

Na miejscu są dostępne knajpki więc bez problemu można tam spędzić cały dzień.  Starfish Beach jest osłonięta od fal i ma łagodne zejście do wody wiec jest to świetna plaża dla dzieciaków.

Dzień 7 – Isla Bastimentos – Red Frog Beach

Kolejny dzień to wyprawa łódką ($4 w jedną stronę) na oddaloną o 10 minut Isla Bastimentos. Wyspa jest częścią najstarszego w Panamie parku narodowego Parque Nacional Marino Isla Bastimentos. Zarówno północne jak i południowe wybrzeże usłane są namorzynami oraz rafami koralowymi. Wyspa słynie także z pięknych plaż, z palmami łagodnie pochylającymi się nad wodą. Jako nasz cel obieramy Red Frog Beach. Nazwa wzięła się od rana rojo – drzewołaza karłowatego (Oophaga pumilio). Pomimo nazwy szanse na spotkanie tych maleńkich trujących żabek w okolicach Red Frog Beach są raczej znikome.

DSC_0226.JPG

Red Frog Beach

Masowa turystyka w połączeniu z lokalnymi dzieciakami wyłapującymi żaby sprawiły, że coraz trudniej te płazy zaobserwować w ich naturalnym środowisku. Niemniej jednak sama plaża jest niezwykle urokliwa i zdecydowanie warto się tam wybrać.

Biorąc taksówkę wodną warto się upewnić gdzie zostaniemy dowiezieni. Miejscowi się wycwanili i łódka dowiozła nas do doku, w którym ktoś wywiesił sobie plakietkę, że droga jest prywatna i pobiera opłaty po $5. Na pytanie gdzie w takim razie jest publiczna ścieżka pan nie potrafił już odpowiedzieć.

DSC_0236.JPG

Red Frog Beach

Na wyspie są także hotele i wille. Jeżeli Bocas dla kogoś jest zbyt gwarne to Bastimentos powinno być właśnie idealną odskocznią. Osada Old Bank, zwana po prostu Bastimentos to także nieliczne miejsce gdzie można usłyszeć lokalny dialekt Gali-Gali, połączenie jamajskiego angielskiego z hiszpańskim i wpływami Guayamí, języka używanego przez plemię Ngöbe-Buglé.

Oprócz pięknych plaż i możliwości nurkowania na wyspie można odwiedzić tradycyjną wioskę rybacką Quebrada Sal, jaskinię nietoperzy (wymaga wykupienia wycieczki za ok. $35) oraz wybrać się na wzgórze widokowe.

Dzień 8 – Nasz krotki epizod z Kostaryką

Bocas del Toro jest w zasadzie tuż obok granicy z Kostaryką. Zaraz po drugiej stronie granicy jest natomiast park krajobrazowy Cahuita. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i przekroczyć na chwilę kostarykańską granicę. Z Bocas można wykupić zorganizowane wycieczki, gdzie wszystko jest z góry zaplanowane, jednak ich koszt oscyluje ok. $50 od osoby i obejmuje tylko transport. Zdecydowaliśmy się na znacznie tańszą opcję na własną rękę.

DSC_0270.JPG

W drodze z Bocas do Almirante

Najpierw trzeba wydostać się z wyspy Colón. W centrum Bocas jest szyld Taxi25, to stąd odpływają łódki do Almirante. Podróż trwa ok 20 min i kosztuje $6 od osoby.  W Almirante dworzec autobusowy jest oddalony jakieś 500 m od przystani. Bus do granicy z Kostaryką w naszym przypadku wymagał przesiadki w Changuinola,  ale nie wykluczone ze są też bezpośrednie do granicy. Koszt to $2 Changuinola i $1 do łącznie do granicy. Przejście graniczne Gaubito-Sixaola to most przyjaźni na rzece Sixaola. Na moście stoją panamscy pogranicznicy, którzy kierują zdziwionych turystów to zakamuflowanej budki kontroli granicznej.  Odległości nie są duże, ale nie zaszkodziłby jakiś znak tudzież inna wskazówka.  Aby trafić do punktu kontroli granicznej trzeba przed mostem skręcić w małą uliczkę,  minąć sklep z szyldem DutyFree i po prawej stronie będą okienka kontroli paszportowej. Z podstemplowanymi paszportami wracamy na most gdzie jesteśmy kierowani do kolejnej budki, gdzie trzeba jeszcze uiścić opłatę za przyjemność opuszczenia Panamy w wysokości $4 od osoby (niemowlęta nie). Okienko dla odmiany jest zaraz obok wejścia na most i jako punkt rozpoznawczy ma powiewającą flagę Panamy. Dopiero teraz można wrócić do miłych panów pograniczników na moście,  którzy po upewnieniu się,  ze na pewno zapłaciliśmy $4 pozwalają wejść na most.

Na moście kwitną usługi transportowe (ciężka walizka to nie problem,  znajdzie się chętny, żeby ponieść), zimne napoje, jedzenie, pamiątki, cuda wianki… Jakieś 250 metrów dalej jesteśmy już po Kostarykańskiej stronie. Tutaj punkt kontroli paszportowej też można przeoczyć. Budynek jest po lewej stronie tuż przed zejściem z mostu do miasta. Trzeba wypełnić deklarację imigracyjną i już możemy cieszyć się z kolejnej pieczątki w paszporcie. Pogranicznicy mogą spytać o bilet potwierdzający opuszczenie kraju.

Uwaga dla osób udających się z Panamy do Kostaryki drogą lotniczą lub innymi przejściami lądowymi. Ponieważ w Panamie występuje zagrożenie żółtą febrą (dotyczy przede wszystkim regionów na wschód od kanału Panamskiego z wyłączeniem miasta Panama), to zdarza się że turyści są zawracani z przejścia jeżeli nie mają tzw. żółtej książeczki z potwierdzeniem szczepienia wykonanego przynajmniej 10 dni przed wjazdem do Kostaryki. Przejście w Sixaoli ma w Internecie opinię tego, gdzie książeczki nie są sprawdzane. W naszym przypadku również nie były.

Nasz cel to Cahuita w prowincji Limón, oddalona o ok 40 km od granicy. Bus z Sixaoli do Cahuity kosztuje $4 lub ok. Ȼ2000 (lokalna waluta to colon). Czas podróży to ok 1,5 h głównie dlatego, że kierowca zatrzymuje się dosłownie co chwilę aby zabrać kolejnych pasażerów.  Na niektórych odcinkach zatrzymywał się co 100 metrów. Podsumowując, całkowity koszt przedostania się z Bocas do Cahuity to ok. $17. W drodze powrotnej trzeba jeszcze doliczyć $8 podatku wyjazdowego po Kostarykańskiej stronie (dla odmiany płatne także za niemowlę). Za wjazd do Panamy opłata wynosi $4 (tylko dorośli). Na całą trasę trzeba zarezerwować sobie ok. 4.5 – 5h.

Jeżeli chodzi o samą Kostarykę to ciężko wysuwać jakieś daleko idące wnioski, w oparciu o nasz dwudniowy epizod. W Cahuicie ceny nie odbiegały od Panamskich. Noclegi w prostych bungalowach można było znaleźć od $20.  Powszechnie można płacić w dolarach (ciężko powiedzieć czy dotyczy to całego kraju czy jest związane z bliskością granicy panamskiej).

Dzień 9 – Parque Nacional Cahuita

Cahuita to karaibska wioska położona nad brzegiem Morza Karaibskiego, tuż obok parku narodowego o tej samej nazwie. Okolica przyciąga turystów pięknymi i dziewiczymi plażami (podobno jedne z najmniej zagospodarowanych plaż w Kostaryce) z rafą koralową blisko brzegu oraz parkiem narodowym z egzotycznymi zwierzętami. W parku można zobaczyć m.in. leniwce (tak nam się przynajmniej wydaje bo siedziały dość wysoko na drzewach), kapucynki czarno białe, kraby ocypode quadrata (mieszkały zaraz pod oknami naszej chatki) i masę kolorowych ptaków, w tym tukanów. Tukany słyszeliśmy w nocy w naszym zakwaterowaniu ale niestety nie udało nam się ich zobaczyć.

DSC_0298.JPG

Kapucynka

Wśród ciekawych okazów jakie mieliśmy okazję zobaczyć w parku były mrówki z gatunku Atta cephalotes. Ich angielska nazwa Leafcutter ants oznacza, że są to mrówki tnące liście. Mieliśmy okazję zobaczyć jak w praktyce wygląda taki transport liści w wykonaniu tych mrówek.

Park obejmuje także część morską z rafami koralowymi. Na terenie parku możliwe jest zarówno nurkowanie jak i snorkling. Oprócz kolorowych rybek można tutaj także zobaczyć żółwie.

DSC_0302.JPG

Plaża w parku Cahuita

Park jest czynny od 6:00 do 17:00. Park jest podzielony na trzy części. Od strony miasteczka Cahuita pierwsza część jest dość intensywnie uczęszczana przez turystów. Mamy tutaj szeroką ścieżkę, wygodne zejścia na plażę, liczne „domki” przystosowane na rodzinny piknik. Ta sekcja to ok. 1.5 km. Następny odcinek rozciąga się od rzeki Suarez do rzeki Punta Cahuita. To dystans 2.3 km gdzie nie ma dogodnych zejść na plażę, można jedynie podziwiać przyrodę parku. Ostatni odcinek do Puerto Vargas (2.1 km) to typowy las deszczowy. Opłata za wejściówkę to dobrowolny datek, wejście do części Puerto Vargas to $10.

Niewiele brakowało a nasz plan zwiedzania parku w ogóle nie doszedłby do skutku. W nocy Adaś dostał podwyższonej temperatury, nad ranem nie miał apetytu i był widocznie osłabiony. Skonsultowaliśmy się z ubezpieczycielem, żeby potwierdzić gdzie znajduje się najbliższy punkt gdzie moglibyśmy zbadać Adasia. W niedzielę taki punkt był otwarty w Puerto Viejo de Talamanca. W tygodniu jest też dostępny punkt w Cahuicie. W międzyczasie temperaturę udało nam się zbić domowymi sposobami. Obejrzeliśmy dokładnie czy Adaś nie ma jakiś ukąszeń na ciele, a gdy zjadł z apetytem obiad postanowiliśmy jednak wstrzymać się z konsultacjami lekarskimi. Nie było sensu siedzieć w wynajmowanym domku, poszliśmy więc do parku, ograniczając się jednak tylko do jego pierwszej części.

Cahuita to raczej mała wioska i spokojna enklawa, osoby szukające wrażeń mogą być zainteresowane oddalonym o 16km Puerto Viejo de Talamanca. To lokalne centrum surfingu, życia nocnego i kultury Rasta.

Jeszcze dalej w stronę Panamy znajduje się Refugio Nacional de Vida Silvestre Gandoca-Manzanillo. Kolejny park krajobrazowy obejmujący zarówno część lądową jak i morską. Także tutaj można podziwiać rafę koralową i korzystać z pięknych plaż.

Dzień 10 – Powrót do Panamy i przejazd nad Ocean Spokojny

Czasami tak jest, że planując wyjazd można z rozpędu zapomnieć o takich drobiazgach jak czas przejazdu. Chcąc jednocześnie przedostać się na panamską stronę i tego samego dnia nad Pacyfik, może się wydawać, że dystans 300 km to nie jest jakaś niewiarygodna odległość… Człowiek najwyraźniej musi uczyć się na błędach…

Bus do granicy odchodził o 10:00 rano. Ponownie przejazd zajął 1.5h. Dopełnienie formalności na obu granicach to następne 1.5h. Panama jest w innej strefie czasowej więc niespodziewanie zrobiła się godzina 14:00 kiedy wsiadaliśmy do busa do Changuinoli. Przejazd zajmuje jakieś 40 minut. Busy do David odchodzą z drugiego dworca w Changuinoli, oddalonego o jakieś 250 metrów, przy tej samej ulicy. Kurs do David to wydatek $10 od osoby w tym za dziecko na kolanach matki.

Nasze bagaże wylądowały na dachu,  panowie mieli wielkie plastikowe worki chroniące od deszczu oraz liny, którymi bagaż został przywiązany do busa. Trasa do David biegnie w okolicy bardzo malowniczych terenów wyżynnych (górami tego nazwać nie można, choć najwyższy szczyt Panamy – wulkan Barú mierzy 3475 metrów n.p.m). Niestety z tego samego powodu ten odcinek okazał się męczarnią. Ruszyliśmy o 15:00, przejazd do David trwał ponad 5 godzin, głównie przez fakt, że kiedy inne busy stały w kolejce po większy silnik to nasz akurat stał w kolejce po stylowe naklejki na szyby. To z pewnością dodaje szpanu na ulicach David, ale niestety na krętych i stromych podjazdach prowincji Chiriquí nasz busik podjeżdżał pod wzniesienia z zawrotną prędkością żółwia błotnego. Jakby tego było mało to przecież każdy pasażer jest na wagę balboa tudzież dolara, wiec jak trzeba to kierowca stawał nawet co 300 metrów. W pewnym momencie wiedzieliśmy już, że nie ma szans na złapanie busa do Boca Chica. Pozostawał kurs taksówką. Gość, który zbierał pieniądze w autobusie powiedział że załatwi nam taksówkę. „Dogadaliśmy się” (to słowo w przypadku naszej komunikacji po hiszpańsku jest znacznym nadużyciem) na kwotę $45. Mieliśmy nadzieję, że taksówka będzie na nas czekać w okolicy zjazdu na Panamericanę (autostradę, która biegnie przez obie Ameryki), tak żebyśmy nie musieli nadkładać 20 km do David. Niestety raz jeszcze się przeliczyliśmy. Taksówka czekała na nas na dworcu autobusowym w David.

Gość od biletów z autobusu uznał, że pojedzie razem z nami. Może chciał dopilnować, że dostanie swoją dolę za znalezienie chętnych na taki kurs, a może kierowca bał się później wracać sam po zmroku…

Przejazd Panamericaną to już inna bajka – dwupasmowa, równa droga, oddzielona barierkami.  Nie nazwałbym tego autostradą ze względu na liczne przejścia dla pieszych i skrzyżowania, ale generalnie komfort podróży jest nieporównywalnie większy niż na jakimkolwiek innym odcinku w Panamie. Do Boca Chica dojechaliśmy ok 21:30. Wszyscy w mieście już o tej godzinie spali. Problem w tym, że nasz hotel “Boca Brava” był zlokalizowany na wyspie Boca Brava. Niby 1.200 metrów ale wpław nie da rady. Na szczęście po kilku minutach podpłynęła łódka i 10 minut później byliśmy już w hotelu. Hotel „Boca Brava” to jeden z najpiękniej położonych hoteli w jakich kiedykolwiek się zatrzymywaliśmy.

IMG_0938.JPG

Widok z tarasu w hotelu Boca Brava

Dzień 11 – Boca Brava

Niestety na samej Boca Brava nie ma zbyt wiele do roboty. To idealne miejsce dla spragnionych ciszy, spokoju i bliskości natury. Szczególnie łatwo tutaj obcować z naturą, wręcz sama przychodzi pod okna domku. Pod nasze okna zawędrował legwan oraz liściec.

IMG_1029

Legwan

Na wyspie dodatkowo spotkać można małpy – wyjce (niezwykle aktywne seksualnie w nocy), mrówkojady, pancerniki, szopy, oposy a nawet oceloty, choć wikipedia mówi, że o obecności tych ostatnich świadczą ślady na drzewach, ale żaden z naukowców ich tam nie widział. Ponadto liczne ptaki, w tym tukany, choć ponownie nie mieliśmy do nich szczęścia.

IMG_1027

Liściec

Hotel organizuje wypady na okoliczne wyspy lub w sezonie na oglądanie wielorybów, jednak na samej wyspie nie ma zbyt wiele do roboty. Miejscowe plaże, choć ładne to dalekie są od tych w Bocas czy Cahuicie. Aby zobaczyć naprawdę ładne plaże i rafy koralowe trzeba się wybrać aż w okolice wyspy Parida, która wraz z sąsiednimi wysepkami jest częścią parku narodowego Marino Golfo de Chiriquí. Niestety to już całodniowa wycieczka w cenie ok. $120 od osoby (przy większej ilości chętnych cena spada). Zdecydowaliśmy się na skromniejszy wariant i popłynęliśmy na sąsiednia wyspę ($4), gdzie mieliśmy całą, szeroką plażę tylko dla siebie.

IMG_0972.JPG

Umówiliśmy się na powrót do hotelu pod koniec dnia. Plaża na której wysiadaliśmy z łódki rano, pod wieczór była już cała pod wodą. Na szczęście właściciel łódki nie miał problemu z odnalezieniem nas.

Dzień 12 – David oraz kilka słów o służbie zdrowia w Panamie i ubezpieczeniach

Na kolejny dzień planowaliśmy wyprawę do Santa Fe w prowincji Veraguas. To wyżynny teren na skraju parku narodowego Santa Fe, gdzie można podziwiać liczne wodospady oraz ruszyć na szlak. Napisałem, że to był nasz plan,  bo plany nam się zmieniły. W nocy Adaś ponownie zaczął nam gorączkować, mocno kaszleć i pojawił mu się gil w nosie. Uznaliśmy, że lepiej będzie pojechać do David i skonsultować objawy z jakimś lekarzem.

Zamówiliśmy wodną taksówkę do Boca Chica. Dwadzieścia kilometrów do Panamericany pokonaliśmy rozpadającym się minivanem (nawet kierowca się śmiał kiedy jednemu z pasażerów, podczas próby otwarcia drzwi do busa, owe drzwi zostały w ręku). Koszt $2, przejazd zajmuje ok 30 min.  Te minivany działają prawie jak taksówki,  właściciel hotelu zadzwonił do kierowcy żeby ustalić gdzie jest i kiedy będzie mógł nas zgarnąć z Boca Chica. Następnie zamówił nam wodną taksówkę. Bardzo sprawny system. Na skrzyżowaniu z Panamericaną jest przystanek autobusowy skąd po chwili łapiemy autokar do David ($2). Nasz cel to szpital Chiriquí w centrum David. Szpital był zadbany,  klimatyzowany i generalnie robił niezłe wrażenie. Gabinet pediatry wyposażeniem nie różnił się od tego co zazwyczaj widujemy w Polsce. Przyjął nas pediatra dr Jorge Antonio Rodriguez, który na szczęście w miarę nieźle mówił po angielsku. Perspektywa konsultacji medycznej na migi, z rozmówek i aplikacji na telefonie z tłumaczem hiszpańskiego nie bardzo nam się uśmiechała. Pan doktor jak się zorientował, że jesteśmy z Polski to zaproponował też konsultacje po rosyjsku. Koszt wizyty $25 plus przepisane leki $24. Diagnoza: lekka grypa, brak przeciwwskazań do kontynuacji podróży.

Kilka slow o służbie zdrowia w Panamie. Podobnie jak Kostaryka Panama ma służbę zdrowia na dość wysokim poziomie. Podobnie jak Skandynawowie czy Niemcy odwiedzają Polskę by skorzystać z wysokiej jakości specjalistów za mniejsze pieniądze niż u siebie w kraju, tak Amerykanie i Kanadyjczycy niejednokrotnie wybierają Kostarykę i Panamę. Oczywiście głównym centrum jest Panama City, niemniej jednak, drugie co do wielkości David, również ma wysokiej jakości specjalistów, często po stażach i praktykach w amerykańskich czy kanadyjskich szpitalach.

Jeżeli chodzi o ubezpieczenia to zacząć należy od tego, żeby ubezpieczenie w ogóle wykupić. Niby oczywiste, ale okazuje się, ze wiele osób o nim zapomina. Brak ubezpieczenia może być szczególnie bolesny gdy okazuje się, że musimy wcześniej wrócić do domu (bilet z Panamy do Warszawy na ostatnią chwilę to ok. 13 000 zł za całą naszą trójkę), nie wspominając o kosztach akcji ratunkowych w górach i tym podobnych, które łatwo mogą przekroczyć 100 000 zł. Do kontaktu z ubezpieczycielem zalecam kupienie sobie pakietu minut na Skype czy w jakimkolwiek innym komunikatorze umożliwiającym wykonywanie połączeń na telefony stacjonarne i komórkowe, w naszym przypadku 5 euro zwróciło się po 3 minutach rozmowy. Dostęp do WiFi jest powszechny, a jakość pozwala na swobodne prowadzenie rozmów, a niejednokrotnie także wideokonferencji. Ubezpieczyciel wskaże konkretną placówkę medyczną do której powinniśmy się udać. Rachunki oraz rozpoznanie choroby należy zachować do późniejszego rozliczenia z ubezpieczycielem.  Na rynku są też dostępne firmy ubezpieczeniowe umożliwiające bezkosztowe rozliczenie wizyty.

Grypa lekka czy nie lekka postanowiliśmy, że ciąganie Adasia autobusami przez pół Panamy to nie do końca najlepszy pomysł. Jak dotąd nieźle znosił przemieszczanie się, ale nie mieliśmy w planach sprawdzania gdzie jest jego granica wytrzymałości.

Zdecydowaliśmy się na powrót do Panama City. David to jedyne lotnisko krajowe, na które lata narodowy przewoźnik Copa Airlines. Kupiliśmy bilety na następny dzień rano. Znaleźliśmy na szybko bardzo przyzwoity nocleg niedaleko lotniska w David.  Hotelik prowadzony przez Włocha, który ożenił się z Panamką i od 2 lat prowadzą mały hotelik i organizują wycieczki na pobliskie namorzyny na wybrzeżu, wysepki oraz w góry, w okolice Boquete i wulkanu Barú.

Samo David pomimo, że to drugie co do wielkości miasto w Panamie wygląda raczej jak przerośnięta wiocha.  Wąskie,  jednopasmowe uliczki,  niska zabudowa i niemal zupełny brak zabytków powodują, że jest to raczej miasto przystanek niż punkt docelowy.  Z pewnością okolica ma dużo więcej do zaoferowania, w szczególności oddalone o godzinę jazdy Boquete.

Dzień 13 – Powrót do Panamy

Leki przyniosły oczekiwany rezultat, Adaś lepiej przespał noc. Po przylocie do Panamy postanowiliśmy, że tego dnia nigdzie nie będziemy już gonić, wybraliśmy się jedynie na popołudniowy spacer po zakamarkach Casco Viejo. Te uliczki można za każdym razem odkrywać na nowo, dodatkowo popołudniu pootwierane są knajpki, kawiarnie i sklepy z lokalnymi bibelotami.  Na bulwarze porozstawiane są stragany i generalnie cała ta część miasta żyje,  czego podczas naszej pierwszej wizyty z samego rana nie było widać.  Do hotelu wracaliśmy po zmroku, również bulwar Avenida Balboa tętni życiem o tej porze. Poczuliśmy,  że to miasto ma też życie nocne (a przynajmniej wieczorne, bo z oczywistych względów lokalnej sceny klubowej nie sprawdziliśmy).

DSC_0379.JPG

Dzień 14 – Parque Natural Metropolitano de Panamá

Wbrew pozorom, jeszcze sporo punktów zarówno w samym mieście Panama jak i jego okolicy, pozostawało wciąż dla nas nieodkrytych. Decyzja o wcześniejszym powrocie dała nam szansę na nadrobienie tych zaległości.

Plan na ten dzień to Parque Natural Metropolitano, czyli innymi słowy park miejski (wejściówka $4, czynne od 6:00 do 17:00). To niesamowite, że park który jest częściowo otoczony autostradą i przylega do całkiem sporego miasta, jest jednocześnie miejscem gdzie można tak łatwo podziwiać tak wiele egzotycznych gatunków. Oprócz żółwi, jaszczurek wiedzieliśmy masę kolorowych ptaków (naukowcy doliczyli się 250 gatunków). Jednak największa atrakcją były leniwce (wciąż na drzewach, ale lepiej widoczne).

DSC_0406

Leniwiec

W parku można też podobno zaobserwować mrówkojady, małpy tití oraz jelenia wirginijskiego (Odocoileus virginianus). Kulminacyjnym punktem ścieżki biegnącej dookoła parku jest punkt widokowy, z którego rozpościera się piękna panorama miasta Panama oraz w drugą stronę Kanału Panamskiego i śluzy Miraflores.

DSC_0392.JPG

Widok na Panama City z parku Metropolitano

Tym razem zatrzymaliśmy się w hotelu przy via Argentina. Jest to kwartał, który upodobali sobie ekspatrianci mieszkający w Panamie. De facto możemy poczuć się tutaj jak w europie – małe i większe knajpki, kuchnia z rożnych zakątków świata, kawiarnie, cukiernie,  drinkownie, hotele i hostele w europejskim stylu. Niestety ceny też są tu mocno europejskie.

Dzień 15 – Panama Viejo, Mercado de Mirescos, grobla

Do Panama Viejo planowaliśmy się wybrać już na samym początku naszego wyjazdu, tego samego dnia co zwiedzaliśmy Casco Viejo. Niestety nasze plany wówczas pokrzyżowała komunikacja miejska. Autobusy często wyświetlają informację na przedzie, że jadą do Panama Viejo,  logika podpowiada, że interesujący nas przystanek będzie tym końcowym.  Błąd,  centrum historyczne jest ok. 2,5 km wcześniej.  Panama Viejo to też nazwa dzielnicy. Zanim dotarliśmy do właściwego punktu zaczęło się robić dość późno. Przy drugim podejściu byliśmy już bardziej czujni. Z autobusu trzeba wypatrywać ronda z napisem Panama Viejo lub budynku z dużym napisem Centro Visitantes de Panama Viejo. Wejściówka to $8. Panama Viejo to głównie ruiny,  które ostały się po splądrowaniu i spaleniu miasta przez kapitana Morgana. W większości ostały się raptem nieliczne kamienie, z dawnego rynku (Plaza Major) wyłania się jedynie wieża katedry.

DSC_0429.JPG

Ruiny katedry w Panama Viejo

Generalnie całe centrum to dość ciekawe doświadczenie choć trzeba obiektywnie powiedzieć, że pozostałości bardziej przypominają gruzowisko, niż zabytki architektury. Na miejscu w wielu punktach wystawione są tabliczki z wyjaśnieniem co dokładnie znajdowało się w danym miejscu oraz z grafiką jak dany budynek wyglądał przed zniszczeniem.

DSC_0439.JPG

Fragment ruin Panama Viejo

Obowiązkowym punktem na żywieniowej mapie Panamy jest Mercado de Mirescos.  Jest to market i jednocześnie gigantyczna stołówka pod namiotem, gdzie można kupić świeżo przyrządzone ryby i owoce morza, złowione przez kutry rybackie stojące zaraz obok w porcie.

IMG_1173.JPG

Ośmiorniczki

Market znajduje się punkcie gdzie bulwar Avenida Balboa łączy się z cyplem, na którym zlokalizowane jest Casco Viejo.

Późnym popołudniem jedziemy na groblę, która znajduje się u wejścia do kanału panamskiego. Grobla (calzada) powstała z połączenia czterech malutkich wysepek: Naos, Culebra, Perico oraz Flamenco.  Grobla pełni funkcję centrum rekreacji, wytyczone są ścieżki, z których chętnie korzystają rowerzyści i rolkarze, dostępne są place zabaw i parki rozrywki dla dzieci. Grobla to kolejne miejsce, z którego rozpościera się piękny widok na wieżowce Panamy oraz na statki ustawiające się w kolejce do kanału panamskiego.

DSC_0460.JPG

Most Ameryk – Puente de las Américas – most  nad kanałem i statki oczekujące na przepłynięcie kanałem

To także okazja by zobaczyć pelikany nurkujące w oceanie i łowiące ryby. Na groblę dostaniemy się metrobusem z dworca Albrook.

DSC_0499.JPG

Dzień 16 – O wynajmie samochodu słów kilka i nasza wyprawa do El Valle

Kolejny dzień w mieście to byłoby już za wiele. Adaś już czuł się dobrze, chcieliśmy więc wyskoczyć gdzieś za miasto. W bezpośrednim sąsiedztwie miasta Panama, przy kanale panamskim znajduje się Park Soberanía (Parque Nacional Soberanía). Jednak po parku z oczywistych względów nie da się jeździć wózkiem, a Adaś nie bardzo chciał być noszony w nosidełku. Uznajemy, że parków nam na razie wystarczy i poszukamy innych atrakcji.

W naszym pierwotnym planie, po opuszczeniu Santa Fe mieliśmy udać się do El Valle de Antón, w sąsiedniej prowincji Coclé. Jest to wyżynny region, w którym również można zobaczyć wodospady. El Valle położone jest 130 km na zachód od miasta Panama, gdzie ok. 100 km pokonuje się po dwupasmowej Panamericanie. W sam raz na jednodniowy wypad, pod warunkiem, że dysponuje się samochodem.

Z wynajmem jest o tyle ciekawie, że gdy przeglądamy oferty na stronach internetowych, nagle okazuje się, ze ceny wynajmu to $3.5 za dzień za samochód mini, $6 za kompakt, $8-$10 za samochód klasy średniej. Trochę podejrzanie tanio. Haczyk leży w ubezpieczeniach, te wynoszą już $25-$30 za dzień minimum. Gdy chcemy wziąć ubezpieczenie bez udziału własnego to cena spokojnie może skoczyć do $40. Oczywiście można nie brać ubezpieczenia. Taki wariant wymaga jednak sporej zdolności kredytowej, bowiem punkt wynajmu w takiej sytuacji zablokuje na naszej karcie równowartość $5000 (w przypadku samochodu klasy kompakt). Do tego dochodzi oczywiście podatek 7% i ewentualne opłaty drogowe jeżeli zamierzamy korzystać z płatnych dróg. Nagle cena za wynajem robi się bardzo europejska.

W popularnych sieciach wynajmu nie ma problemu z fotelikiem dziecięcym, dostępne są zarówno takie w wariancie dla najmłodszych jak i trochę starszych dzieci.

Przejazd do El Valle jest szybki i bezproblemowy, jedyne czego trzeba pilnować to właściwy zjazd z Panamericany. Nas zmyliła nawigacja i skorzystaliśmy ze zjazdu kilka kilometrów za wcześnie. Wydawało się, że mimo wszystko uda nam się przebić do właściwej drogi bez zawracania, jednak gdy skończył się asfalt a zaczął żwir i szuter nabraliśmy podejrzeń, że to może jednak nie być właściwa droga. Gdy samochód zawisł na kamieniu mieliśmy już pewność… Kia Rio to jednak nie jest samochód na rajdy typu Paryż-Dakar.

Po krótkiej przygodzie z off-roadem, wróciliśmy na utarty szlak i bez dalszych przygód dotarliśmy do El Valle.

IMG_1215.JPG

El Valle

El Valle położone jest w kraterze wygasłego wulkanu i otoczone szczytami pobliskich wzniesień. W okolicy jest mnóstwo szlaków idealnych na trekking, to także miejsce gdzie można podziwiać wodospady Chorro El Macho oraz Chorro Las Mozas. Wreszcie to miejsce gdzie występuje niezwykle rzadka złota żaba (Atelopus zeteki), którą można zobaczyć w El Valle Amphibian Conservation Center.

Wodospady znajdują się w zasięgu ok. 20-30 minut spacerem z centrum. Niestety w Panamie nawet widoki nie są za darmo, także za 35 metrowy wodospad Chorro El Macho trzeba zapłacić $5 oraz drugie $5 jeżeli chcemy popływać w naturalnym kamiennym basenie zaraz obok. Chorro Las Mozas to wydatek $1. Oba wodospady mają godziny otwarcia, pierwszy zamyka się o 17:00 a drugi o 16:00.

DSC_0575.JPG

Chorro El Macho

Zanim wrócimy do miasta Panama zahaczamy jeszcze o plaże nad Pacyfikiem. W okolicy Farallón znajduje się piękna, szeroka Playa Blanca.

IMG_1226.JPG

Pożegnanie z Pacyfikiem przed powrotem do domu

Gdy tylko słońce chowa się za horyzontem ruszamy w drogę powrotną do Panamy. Pech chciał, że w niedzielę wieczorem w drogę powrotną do Panamy udało się jeszcze pół Panamy. Jakieś 70 km przed stolicą utknęliśmy w gigantycznym korku, który rozluźnił się dopiero na ok. 20 km przed miastem. Stojąc w korku i studiując mapę człowiek uświadamia sobie, że oprócz Panamericany nie ma w zasadzie alternatywnych dróg, którymi można byłoby ominąć korek. Do hotelu docieramy ok. 22:30, po przeszło czterech godzinach jazdy, pokonując zawrotny odcinek 130 km.

Dzień 17 – Powrót do domu

Czas przed długim lotem do domu poświęcamy na zabawy w hotelowym basenie oraz ostatnie zakupy. Wśród rzeczy, które zdecydowanie warto przywieźć z Panamy należy wymienić rum i kawę. Niestety kupno dobrej kawy okazało się bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. W supermarketach i sklepach spożywczych w zasadzie dostępna jest jedna kawa. W Kostaryce w pierwszym lepszym sklepie spożywczym dostępna była cała półka różnych kaw. Co prawda region gdzie produkuje się kawę w Panamie to Boquete, jednak miałem nadzieję, że w stolicy taki zakup nie będzie stanowił problemu.

Nie polecam zostawiania zakupów do strefy bezcłowej na lotnisku, ceny tam są oderwane od rzeczywistości, porównywalne chyba tylko z tymi jakie można spotkać w Szwajcarii. Dla przykładu tabliczka czekolady z napisem Panama to $9, ale przy zakupie trzech zapłacimy tylko $18, także super promocja. Torebka kawy 200g (wybór większy niż na mieście) to $16. Normalne ceny na lotnisku ma jedynie alkohol.

Wśród pamiątek z Panamy nie sposób nie wspomnieć o panamskich kapeluszach. Wybór jest szeroki, na Casco Viejo jest co najmniej kilka sklepów oferujących kapelusze oraz inne rękodzieło. Jednak oryginalny, ręcznie robiony kapelusz to wydatek nawet $150. Masowa produkcja dostępna jest za ok. $20-$30.

Inne miejsca warte odwiedzenia w Panamie

  • Coiba – wyspa wraz z okalającym ją oceanem jest częścią Parku Narodowego Coiba. Wyspa często zwana jest Panamskim Galapagos ze względu na bardzo dużą różnorodność przyrodniczą. Na wyspie można nocować, choć warunki są bardzo Spartańskie (własny śpiwór, brak prądu), to pozwala to na prawdziwe obcowanie z przyrodą i m.in. obserwowanie jak ta budzi się do życia wraz ze wschodem słońca. Wybrzeże Coiby usłane jest rafami koralowymi. Od 2005 park jest wpisany na listę dziedzictwa UNESCO. Dziewiczość wyspy ma jednak swoją cenę – brak infrastruktury. To oznacza, że aby podziwiać przyrodę z bliska trzeba wykupić zorganizowaną wycieczkę łódką, a te do tanich nie należą. Pakiety oscylują w okolicach $300-$600 w zależności ile czasu trwają. W połączeniu z nurkowaniem ceny skaczą jeszcze bardziej w górę. Ośmiodniowy pakiet nurkowania to wydatek $2500. Najprostsze pakiety dwudniowe, z jednym noclegiem można znaleźć za $200.
  • Boquete i Volcan Barú i ogólnie wyżyny prowincji Chiriquí – Boquete to stolica Panamskiej kawy, to w tym regionie koncentruje się jej produkcja. To także doskonały punkt wypadowy na szlaki trekkingowe po wyżynach, górski spływ kajakami czy podziwianie wodospadów. Punktem obowiązkowym jest sięgający 3475 metrów wulkan Barú. Podobno trasa na szczyt nie jest zbyt wymagająca, a znaczną jej część można pokonać samochodem z napędem 4×4, choć ten wariant jest dostępny tylko dla zorganizowanych wycieczek (ceny od $100). Osoby, które chcą podziwiać wschód słońca ze szczytu powinny ruszyć ok. 1 nad ranem. Z relacji osób, które wchodziły w nocy wynika, że ważnym aspektem jest zabranie ze sobą naprawdę porządnych latarek bo niestety łatwo zgubić szlak. Drugim najczęściej przewijającym się komentarzem jest rekomendacja by zabrać ze sobą bluzę, długie spodnie, czapkę i rękawiczki. Na szczycie nawet w ciągu dnia jest chłodno, a nad ranem szczególnie. Przy dobrej pogodnie podobno ze szczytu widać oba oceany.
  • Archpelag San Blás – Guna Yala – to połączenie pięknych plaż, turkusowej wody i białego piasku. Zakwaterowanie to niejednokrotnie drewniane chatki z hamakami. Ta idylla łączy się z kulturą Guna, znacząco odmienną od reszty Panamy.
  • Darién – to już atrakcja dla hardocorowców. To właśnie tutaj urywa się Panamericana. Darién to gęsta i dzika puszcza na pograniczu Panamsko-Kolumbijskim. Ta izolacja sprawiła, że jest to także jeden z najbardziej zróżnicowanych przyrodniczo parków w Ameryce Środkowej. Można spotkać tutaj jaguary czy harpie wielkie. Nie ma lądowego przejścia granicznego między Panamą a Kolumbią, cały teren pokryty jest dżunglą, w której grasują kolumbijskie bojówki oraz handlarze narkotyków. Próba przekroczenia tej granicy dla niejednego śmiałka zakończyła się tragicznie. Nie ma co też liczyć na akcję ratunkową, wejście w głąb dżungli odbywa się wyłącznie na własne ryzyko. Niemniej jednak można tutaj skorzystać ze zorganizowanej wycieczki z doświadczonym przewodnikiem do plemiennych wiosek.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s