Indonezja

Kraj: Indonezja

Termin: 26.02.2012 – 17.03.2012

Trasa (podstawowa): Warszawa (WAW) – Mediolan (MXP) – Doha (DOH) – Dżakarta (CGK) – Doha (DOH) – Paryż (CDG) – Warszawa (WAW)

Trasa na miejscu:  Dżakarta (CGK) – Bali Denpasar (DPS) – Ende (ENE) – Labuan Bajo (LBJ) – Bali Denpasar (DPS) – Yogyakarta (JOG) – Dżakarta (CGK)

DSC_0054

PRZED PODRÓŻĄ:

Wiza: 30-dniowa wiza kosztuje 25 USD i jest wydawana po przylocie na lotnisku, zazwyczaj bez problemu, o ile wydrukowaliśmy bilet powrotny / transferowy lub inny dokument potwierdzający, że zamierzamy opuścić Indonezję.

Szczepienia: zalecane: WZW A i B, dur brzuszny, tężec. Koszt dodatkowy – zakup leków na malarię (Malarone lub Lariam). Terapia antymalaryczna nie jest konieczna jeżeli odwiedzamy wyłącznie Jawę i Bali.

Waluta: rupia indonezyjska [IDR]; 10.000 IDR = 3,0615 PLN. Najwyższy nominał: 100.000 IDR. Indonezyjskie banknoty są bardzo kolorowe, nominały np. 20.000 i 2.000 lub 50.000 i 5.000 są w podobnych kolorach. Bankomaty są bardzo powszechne. Przy wpłacaniu większych kwot, np. 2.000.000 rupii bankomat wydaje żądaną kwotę w banknotach o nominale 100.000 lub 50.000 rupii. Bardzo popularne są też kantory (zlokalizowane we wszelkiego rodzaju sklepach) – uwaga przy wymianie – bardzo łatwo można zostać oszukanym. Z walut obcych Indonezyjczycy najchętniej przyjmują dolary amerykańskie.

Noclegi: Doskonała baza noclegowa. Od 5* hoteli (szczególnie w typowo turystycznych miejscowościach) po bardzo podstawowe pokoje za grosze. Nie ma konieczności rezerwowania przed wyjazdem. Z wybranych przez nas noclegów polecamy:

– Dżakarta: hostel Six Degrees http://jakarta-backpackers-hostel.com/

– Kuta: hotel Tanaya http://www.tanaya.com/

– Ubud: Jati Homestay http://www.jatihs.com/

– Sanur: Semawang Beach Hotel (górny taras z basenem, bilardem, niedaleko do plaży) http://www.semawangbeach.com/index.html

– Yogyakarta: Kampoeng Djawa Hotel http://www.kampoengdjawahotel.com/

Sezon: Cały rok. Praktycznie cała Indonezja znajduje się w strefie klimatu równikowego wilgotnego, co oznacza brak pór roku, wilgotność powietrza osiągającą nawet 95%, możliwość gwałtownych opadów prawie codziennie oraz temperatury na niemal niezmiennym poziomie. Sezon deszczowy przypada na okres od października do kwietnia, pora sucha to okres od maja do września. Ponieważ jest to bardzo duży kraj (ponad 17.000 wysp i wysepek, które rozciągają się na długości ponad 5.000 km) warto sprawdzać pogodę i warunki klimatyczne dla regionu, w który się wybieramy.

Nasz wyjazd przypadł na koniec pory deszczowej. Nie powinno to jednak nikogo odstraszać. Owszem padało, ale z reguły przez 1 – 2 godz. dziennie, a później znów wychodziło słońce. O tej porze roku jest też więcej chmur więc słońce nie parzyło tak bardzo jak w dni bezchmurne.

Różnica czasu: UTC/GMT +7 godz. (Jawa); +8 godz. (Bali, Flores)

Nasz przewodnik: Indonezja w wydaniu Lonley Planet (2009 r.)

JAK ZNALEŹLIŚMY SIĘ W INDONEZJI, CZYLI POCZĄTEK NASZEJ PRZYGODY

Od dłuższego czasu chcieliśmy odwiedzić dalekowschodnią Azję, najlepiej gdy w Polsce trwa zima. Początkowo naszym pierwszym, dalszym wypadem miała być Sri Lanka, ale ostatecznie, kierując się zasadą im dalej tym na pewno fajniej, stanęło na Indonezji. O tym wyborze zadecydowała nie tylko możliwość poznania dalekiego, egzotycznego kraju, ale również promocja Qatar Airways.

INDONEZJA – KWESTIE „TECHNICZNE”, CZYLI CO KAŻDY WIEDZIEĆ POWINIEN

CO ZABRAĆ? CO KUPIĆ?

Środek na komary, najlepiej w dużej ilości (np. Mugga). Krem do opalania z wysokim filtrem (polecamy dostępne na miejscu produkty firmy Banana Boat). Na miejscu warto kupić sobie sarong, który przyda się nie tylko przy wchodzeniu do świątyń, ale może również posłużyć jako „spódnica”, chroni kark i ręce przed słońcem, w nocy może zastąpić kołdrę, można też na nim usiąść na plaży. Jest cieniutki i szybko schnie.

PRZELOTY NA MIEJSCU

Kupowanie biletów lokalnych linii lotniczych przez Internet nie należy w Indonezji do najłatwiejszych. Tylko nieliczni przewoźnicy (np. Garuda Indonesia, Air Asia i, ku naszemu zaskoczeniu, linie Sriwijaya Air) honorują europejskie karty kredytowe. Pozostali przewoźnicy, np. Lion Air, dość ważny gracz na rynku azjatyckim, akceptują karty lokalne lub z karty regionu (Singapur, Malezja lub Australia). Jak sobie z tym poradzić? Pierwszy sposób to skorzystanie z serwisu: http://ticketindonesia.info/en/index.php, który pośredniczy w zakupie biletów dowolnej linii lotniczej w Indonezji. Znajdziemy tu aktualne rozkłady lotów i ceny, a transakcje opłacimy także kartami polskimi (transakcja widnieje jako moneybookers i jest autoryzowana w godzinach roboczych, co w praktyce oznacza ok. 24 godz.). Do ceny biletu należy doliczyć prowizję w wysokości 3 EUR od pasażera. To dobre rozwiązanie dla osób, które lubią mieć wszystko zarezerwowane przed wyjazdem. Jedynym minusem był fakt, że serwis nie poinformował nas o odwołaniu jednego z lotów – najprawdopodobniej nie przekazano naszego numeru telefonu linii lotniczej.

Drugim sposobem jest zakup biletów w lokalnych biurach podróży, tzn. ulicznych budach z komputerem i telefonem. Jest to całkowicie bezpieczny i pewny sposób. Na dwa dni przed wylotem bilet może być tańszy niż np. na 2 miesiące przed lotem. Trzeba jednak pamiętać, że Indonezyjczycy to duży naród (ponad 240 mln ludzi), który lubi podróżować, tak więc na tak krótki czas przed lotem, szczególnie w okolicach lokalnych świąt, może zabraknąć miejsc.

Obliczając całkowity koszt przelotów należy uwzględnić tzw. airport tax – opłatę lotniskową, która standardowo nie jest wliczana w cenę biletu. Jej wysokość zależy od lotniska i typu lotu (krajowy lub międzynarodowy). Międzynarodowy wylot z Dżakarty to koszt 150.000 IDR (ok. 50 zł), krajowy z Bali 40.000 IDR (ok. 15 zł), a np. z Ende 10.000 IDR (ok. 3,6 zł).

PO PRZYLOCIE

Po wylądowaniu na lotnisku w Dżakarcie w pierwszej kolejności należy wykupić wizę (patrz informacje „Wiza” na początku wpisu). Kolejne wyzwanie to dojazd z lotniska do miasta (ok. 40 km). Gdzieś w Internecie wyczytaliśmy, że w 2012 ma być oddana kolejka z lotniska do centrum miasta. Cóż okazało się, że w 2012 udało się zaledwie wybrać wykonawcę. To typowa inwestycja długoterminowa – jej realizacja trwa już od iluś tam lat.

Po wylądowaniu było już zbyt późno na skorzystanie z autobusu, dlatego zdecydowaliśmy się na taksówkę (inna opcja to tzw. private cars). Nieświadomych i zmęczonych podróżą turystów opada chmara „taksówkarzy”, którzy chętnie „uwolnią” ich od nadmiaru gotówki. Nasza rada – podjechanie bezpłatnym busem kursującym między terminalami na któryś terminal krajowy np. T2 i udanie się do któregoś z punktów licencjonowanych taksówek, spośród których najlepszą reputację ma Blue Bird. Przejazd powinien kosztować ok. 120 – 140 tyś. IDR plus 8 tyś. opłaty za autostradę (uiszcza ją pasażer) oraz 9 tyś. opłaty lotniskowej, którą kierowca płaci za wjazd na teren lotniska. Przejechanie tej trasy  private carem to koszt 320 tyś., ale cena uwzględniała opłatą za autostradę i lotniskowy parking.

TRANSPORT NA MIEJSCU, CZYLI QUO VADIS TURYSTO?

Na co dzień najwygodniej przemieszczać się private cars lub taksówkami. W przypadku tych pierwszych cenę trzeba ustalić zanim wsiądzie się do samochodu. Stałym elementem takich podróży jest targowanie się. W przypadku taksówek upewnijmy się, że kierowca używa taksometru, chociaż zapewne nie unikniemy kierowcy jadącego jakimś wyśmienitym „skrótem”.

Jeżeli decydujemy się na wynajem samochodu z kierowcą dobrą opcją jest skorzystanie z pośrednictwa hotelu, w którym mieszkamy (lub innego hotelu). Managerowi hotelu zależy na tym, żeby goście byli zadowoleni, a przy okazji jest to dla niego dodatkowa kasa, więc często z góry zaproponuje dobrą cenę. Kilka razy postanowiliśmy sprawdzić cenę zaproponowaną przez hotel – porównaliśmy ją z ceną proponowaną przez lokalnych kierowców, ale nigdy nie udało nam się wytargować mniej niż w hotelu. Na Bali za wynajęcie samochodu z kierowcą na cały dzień, tj. 12 godzin, zapłaciliśmy 450 tyś IDR. Wynajętemu na cały dzień kierowcy wypada postawić obiad. Nam trafił się bardzo miły kierowca, który nie tylko opowiadał nam różne ciekawostki o samej wyspie i o odwiedzanych przez nas miejscach, ale sam z siebie zaproponował zwiedzenie dodatkowej świątyni oraz wizytę na targu z owocami, warzywami i przyprawami, gdzie kupował nam gotowaną kukurydzę.

Dobrą komunikację publiczną, tj. taką, która spełnia jakiekolwiek standardy, znajdziemy w Dżakarcie (TransJakarta) i Yogyakarcie (TransJogja). Autobusy jeżdżą na ściśle określonych trasach, zatrzymują się na wyznaczonych przystankach, a nawet mają dostępny w Internecie rozkład jazdy. Są też luksusy w postaci klimatyzacji i wydzielonych bus pasów. Bilety sprzedawane są na przystankach, a sympatyczna obsługa podpowie, która linia zawiezie nas do upragnionego celu. W Yogyakarcie busami TransJogja można dojechać z lotniska do centrum oraz do świątyni Prambanan. Bilet kosztuje 3.000 IDR i jeżeli nie opuścimy umieszczonego na specjalnej platformie przystanku, możemy się dowolnie przesiadać.

Na Bali (oraz w Yogyakarcie) dobrym pomysłem jest wynajęcie na cały dzień skutera (ok. 50 tyś. IDR). Paliwo kupimy na tradycyjnych stacjach benzynowych (4.500 IDR/litr) oraz w przydrożnych budach w butelkach po wódce Absolut (5.000 IDR/litr, butelka zwrotna). Ceny paliwa są odgórnie regulowane, więc powinny być podobne na wszystkich stacjach i we wszystkich budach. Wynajmując skuter trzeba pamiętać, że w Indonezji jeździ się po lewej stronie, a pasy ruchu obowiązują tylko w teorii. Podobno na Bali turyści na skuterach często padają łupem policji, która oczekuje w takich sytuacjach łapówki. My jednak nie mieliśmy tego typu nieprzyjemności.

Innym popularnym indonezyjskim środkiem transportu jest bemo, czyli nieduży, przeważnie stary, ale za to niezwykle kolorowy busik. Prawie każdy ma imię. Czasem wyposażone są również w system audio. Uwielbiany przez miejscowych, dojeżdża praktycznie wszędzie, można nim przewieźć niemal wszystko. Co ważne, nie ma określonych przystanków – wystarczy stanąć przy drodze i zamachać, od razu się zatrzyma. To samo z wysiadaniem, wystarczy powiedzieć. Do tego jest bardzo tani!

Bemo - ulubiony lokalny środek transportu

Bemo – ulubiony lokalny środek transportu

Wszyscy Indonezyjczycy jeżdżą dość fantazyjnie. Każdy kierowca jest oazą spokoju i kwiatem lotosu na gładkiej tafli wody – okazywanie gniewu i agresja są oznaką słabości. Okazywanie przerażenia i ciche pojękiwanie oznacza, że jesteś turystą. Każdy kierowca kocha klakson, którego używa z lubością i bez opamiętania.

ZAKWATEROWANIE, CZYLI HOTEL POD MRÓWKĄ

Wszystkie hotele, z wyjątkiem Flores, rezerwowaliśmy przez Internet korzystając z serwisów booking.com i hostelworld.com. Hotel na Flores wybraliśmy na podstawie informacji w przewodniku Lonely Planet. Kilka polecanych zakwaterowań znajdziecie w sekcji “Noclegi” na początku wpisu.

Najprostszy pokój z wiatrakiem i prysznicem (często tylko zimna woda) to wydatek 100 tyś. IDR. Przyzwoity pokój z normalną łazienką i wiatrakiem to koszt ok. 250 tyś. IDR. Pokój z klimatyzacją to koszt ok. 350 – 500 tyś. i więcej. Do każdego pokoju dostajemy gratis mrówki i malutkie gekony. Osoby, które po przeczytaniu ostatniego zdania ogarnęło obrzydzenie zapewniam, że gekony, w przeciwieństwie do mrówek, nie szukają naszego towarzystwa.

JEDZENIE, CZYLI OMNOMNOM Z INDONEZJI

Kuchnia indonezyjska jest bardzo prosta. To głównie ryż i przyprawy (kumin, chili, trawa cytrynowa, kokos i sos sojowy) a także świeże ryby (mniam) i owoce morza. Warung to lokalna knajpka, najlepiej udać się do takiej, w której jest dużo miejscowych. Najpopularniejsze dania to nasi goreng – smażony ryż z warzywami i jajkiem (lub mie goreng – wersja z kluskami) oraz gado gado – warzywa w sosie. Inne dania to ayam goreng – smażony kurczak, bebek betutu – przyprawiona kaczka w liściu banana oraz bakso – kule mielonego mięsa w rosołku z kluseczkami. I oczywiście wszelkiego rodzaju słodkie i słone przekąski np. Martabak Manis – naleśnik z warzywami lub owocami (pyszności!). I wszelkiego rodzaju owoce i świeże soki. A także wyśmienita kawa. Dostępne są też napoje alkoholowe: arak (lub brem na Bali), czyli wino ryżowe oraz Bintang, lokalne piwo.

Orzeźwiająca "woda z nosorożca"

Orzeźwiająca “woda z nosorożca”

BALI, WYSPA O TYSIĄCU TWARZY

Może zabrzmi to jak oklepany frazes, ale na Bali naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie. Kuta i Seminyak to popularne imprezownie – imprezowicze odnajdą tu klimat jeszcze bardziej imprezowy niż na Ibizie czy jak ktoś woli we Władysławowie w sezonie (pijani turyści, głównie Australijczycy – są, piekielnie głośne dyskoteki – są, kluby prawie jak w Europie – są, surferzy – są, wysokie ceny – są, uliczni sprzedawcy trawy i grzybów – są, absolutny brak lokalnego klimatu – jest). Plaże są tu raczej przeciętne (plaża w Seminyaku była wyjątkowo brudna), ale za to można spróbować surfowania. Natomiast po wschodniej stronie wyspy, w miejscowości Sanur, okolica jest dużo spokojniejsza. To miejsce dla wielbicieli 5* hoteli i resortów typu all inclusive. Właściwie po obu stronach wyspy trudno o naprawdę lokalny klimat – niemal wszystko robione jest pod tłumy odwiedzających Bali turystów. Na dłużej zdecydowaliśmy się zostać w Sanurze, gdzie przy odrobinie wysiłku można znaleźć jakiś mały warung czy hotelik za rozsądną cenę. Główną atrakcją Sanur jest czterokilometrowy nadmorski bulwar, wzdłuż którego ciągną się wszelkiego rodzaju hotele, knajpy oraz sklepiki i kramy. Z północnego krańca bulwaru kursują stateczki na pobliską Nusę Lembongan. Na tę absolutnie przepiękną wysepkę możemy popłynąć tzw. slow lub fast boat (koszt od 60 tyś. do 180 tyś. IDR w jedną stronę). Na bulwarze czają się oczywiście „naciągacze”, od których dowiecie się, że tańsza łódka: nie kursuje/nie istnieje/jest dziurawa/towarzyszyć wam będą krowy i kury lub wszystko na raz a w ogóle to najlepiej kupić u nich luksusowy rejs. Te historie nie są warte złamanej rupii. Publiczne łódki dla lokalnych, czyli właśnie slow boats, wypływają z portu na północy bulwaru a rejs trwa 1 godz. Fast boats, czyli prywatne, luksusowe (jak twierdzą właściciele) łódki kursują w zależności od ustaleń, istnieje możliwość wykupienia całej wycieczki. Ani w Sanur ani na Nusie Lembongan nie ma pomostu, tak więc na łódź wsiada się i wysiada prosto z i do wody. Dlatego też dobrze jest dobrać odpowiednie ubranie i buty. Na wyspie warto zanocować. Niby wydaje się nieduża, ale ponieważ możliwości transportowe ograniczają się tam do skutera, ojeku (czyli skutera z kierowcą, trzeba się mocno targować, bo konkurencja jest mała a ceny wysokie) lub własnych nóg, zwiedzenie może zająć więcej niż jeden dzień, szczególnie jeśli zdecydujemy się na plażowanie, nurkowanie lub surfowanie. Wyspa jest naprawdę śliczna i bardzo czysta. Kusi ukrytymi w zatoczkach plażami z białym piaseczkiem i błękitną wodą (np. Mushroom Bay lub Dream Beach). Można tu posurfować lub ponurkować w mniejszym tłoku niż na Bali. Tu właśnie po raz pierwszy w życiu spróbowaliśmy surfowania na desce – that was fun!

Nusa Lembongan - Dream Beach

Nusa Lembongan – Dream Beach

Kiedy znudzi Wam się już plażowanie na Bali warto wyruszyć w głąb wyspy i odrobinę się ukulturalnić. Dla tych, którzy chcą poznać nieco kultury Bali obowiązkowym punktem jest Ubud, czyli kulturalno-artystyczne centrum wyspy. Ubud to miasto tańca, muzyki i religii, a także tysięcy sklepów, pięknego rękodzieła (szczególnie niesamowite drewniane meble) i wielkiego kiczu. Styczność z kulturą warto zacząć od obejrzenia lokalnego przedstawienia tanecznego np. kecak lub Barong. Cena biletu to około 75 tyś. IDR. Przedstawienia odbywają się praktycznie codziennie, najczęściej na scenach przy świątyniach lub w świętym małpim lesie (Sacred Monkey Forest). Dla chętnych ulotki z opisem treści w narzeczu, które przypomina angielski.

Barong uosobienie dobra oraz Rangda, królowa-demon

Barong uosobienie dobra oraz Rangda, królowa-demon

Warto zwiedzić sam święty małpi las – całkiem pokaźny kawałek dżungli, który przywodzi na myśl filmy o Indianie Jonsie – oraz znajdujące się tu trzy hinduskie świątynie oraz coś około miliona niewinnie wyglądających makaków. Nie dajcie się zwieść – te małpy kradną jak szatany. Cwaniaki kradną okulary, czapki, apaszki, butelki z wodą, a głównie jakiekolwiek jedzenie. Potrafią się też uwiesić na człowieku. Dlatego wszystko, z czym niechętnie byście się rozstali, należy schować! Koniecznie obejrzyjcie z bliska rzeźby w Pura Dalem Agung, czyli świątyni umarłych.

Makaki w świątyni umarłych

Makaki w świątyni umarłych

W okolicy aż roi się od hinduskich i buddyjskich świątyń (pura). Zgodnie postanawiamy poświęcić cały dzień na zwiedzanie niektórych z nich. Wynajmujemy kierowcę (utargowaliśmy 170 tyś. IDR) i ruszamy w drogę. Zazwyczaj koszt wejściówki do świątyni to ok. 10 – 15 tyś. IDR. Obowiązuje kilka zasad – należy przepasać się specjalnym sarongiem, a kobiety podczas menstruacji nie mogą wchodzić do świątyń. Oczywiście nikt tego nie weryfikuje, ale wszędzie widnieje taka informacja. Zaczynamy od Gunung Kawi, jedenastowiecznego kompleksu świątynnego położonego wśród zielonych tarasów ryżowych. Oglądamy tu 10 candi (sanktuarium) wykutych w skale w 8-metrowych niszach. Wszędzie jest niewyobrażalnie zielono, w dole szumi rzeczka. W odległości krótkiego spaceru polem ryżowym trafimy na wodospad, w którym można się nawet przekąpać.

Pola ryżowe w drodze do świątyni Gunung Kawi

Pola ryżowe w drodze do świątyni Gunung Kawi

Cel numer dwa to świątynia Tirta Empul – wybudowana w 962 r. n.e., w której balijscy hinduiści poddają się rytuałowi oczyszczenia poprzez kąpiel w świętej wodzie. Tu zaskakuje nas nasza pierwsza indonezyjska ulewa z gatunku tych krótkich, ale gwałtownych. Ściana deszczu przesłania wszystko. Przeczekujemy w knajpce na terenie świątyni, gdzie zjadamy wyjątkowo dobre mie goreng. Na terenie świątyni znajdziemy sanktuaria Sziwy, Wisznu i Brahmy. Mieliśmy okazję obejrzeć słynny rytuał oczyszczania oraz składanie ofiar. Jest to jedna z ładniejszych świątyń na Bali.

Ofiary składane w świątyni Tirta Empul

Ofiary składane w świątyni Tirta Empul

Rytuał oczyszczania w świątyni Tirta Empul

Rytuał oczyszczania w świątyni Tirta Empul

Następnie udajemy się zobaczyć Yeh Pulu – 25-metrową płaskorzeźbę przedstawiającą Ganeszę oraz sceny z życia codziennego wyspy. Sama płaskorzeźba nie jest może zachwycająca, ale aby do niej dojść musimy minąć niezwykle zielone ryżowe tarasy. Ostatnim punktem na dziś jest Goa Gajah – jaskinia słonia. Front jaskini wyrzeźbiono w oblicze demona, wchodzimy do niej przez jego ogromne, otwarte usta. W jaskini jest dość ciemno, nieliczne świeczki rozpraszają mrok. W ciemności majaczą oblicza Sziwy i Ganesza. Warto zjeść schodami w dół i pobłądzić nieco wśród zachwycającej, bujnej roślinności.

Jak już wspomnieliśmy, na Bali świątynie są na każdym kroku. Niemal codziennie Balijczycy świętują „święto świątyni”, któremu towarzyszy barwny korowód mieszkańców okolicznych wiosek. Ubrani na biało mężczyźni niosą postać Baronga, pół lwa, pół psa, uosobienie dobra, kobiety niosą na głowach ofiary. Również codziennie Balijczycy składają ofiary swoim bogom. Ofiary składane w świątyniach i na rzeźbach przeznaczone są dla dobrych duchów, ofiary składane na chodnikach przeznaczone są dla duchów złych (nie przejmujcie się jeżeli zdarzy Wam się nadepnąć na taką ofiarę, Balijczycy składają je trzy razy dziennie). Większe ofiary składają się z plecionego koszyczka, w którym są kwiaty, kadzidełka, ryż, pieniądze, papierosy lub cukierki, bo każdy duch lubi sobie zjeść, zapalić i dostać kieszonkowe. Mniejsze ograniczają się do kilku ziarenek ryżu na liściu bananowca.

Tradycyjna balijska ofiara

Tradycyjna balijska ofiara

Kolejnym zachwycającym miejscem są okolice Jatiluwih, gdzie można podziwiać przepiękne tarasy ryżowe i napić się herbaty z czerwonego ryżu. Ta wyprawa zmieni wasze myślenie o kolorze zielonym. Aha, i nie dajcie się zaskoczyć opłacie pobieranej po wjeździe na Jatiluwih (10.000 rupii od osoby) – to taka ichnia opłata ekologiczna. Warto poszwędać się wśród zielonych poletek, zjeść proste mie goreng i napić się herbaty z czerwonego ryżu w niewielkim warungu. Wracając zatrzymaliśmy się jeszcze w Elephant Safari Park, w którym żyją słonie sumatrzańskie.

Innego dnia wybraliśmy się zwiedzić niesamowitą świątynię na wodzie, czyli Pura Ulun Danu Bratan oraz wodospady w okolicach Munduk. Nasz kierowca zaproponował zwiedzenie Pura Taman Ayun w okolicach Mengwi, jednej z dziewięciu świątyń wybudowanych aby chronić Bali przed złymi duchami. Główny kompleks świątynny otoczony jest fosą. Jedenastopoziomowe meru (czyli to coś z daszkami podobne do pagody) poświęcone jest Dewi Sri, bogini ryżu. W świątyni trwały przygotowania do lokalnego święta. Widzieliśmy też postać Baronga całą zrobioną z różnych ziaren. Potem nasz kierowca zawiózł nas na typowy bazar z owocami i przyprawami, gdzie mogliśmy spróbować paru egzotycznych owoców. Uśmiechnięte sprzedawczynie częstowały nas owocem (śmierdzącego) duriana, salaku (bardzo słodkiego owocu w łupinie jak ze skóry węża) i kilkoma innymi, których nazw w życiu nie słyszeliśmy, a także swojską marakują i bananem. A pan doktor mówił, żeby nie jeść niemytych owoców! Tu właśnie nasz kierowca kupował nam gotowaną kukurydzę, bo za 10.000 rupii on kupił prawie 10 kolb, a nam chcieli sprzedać zaledwie 4. Taki bazar to prawdziwe wyzwanie dla chcącego coś kupić turysty. Pojawienie się turystów wzbudza niezwykły entuzjazm sprzedających. Każdy turysta musi przygotować się na długą rundę targowania się: How much? Oh, too much! No, special price for you my friend! Często zdarza się, że po długich negocjacjach końcowa cena jest tak z 10 razy niższa niż cena pierwotna. Niezależnie od tego, czy kupujemy wysokiej jakości rękodzieło czy magnesik na lodówkę, targowanie się jest obowiązkowe. Tak naprawdę finalna cena to ta, która jest dla was akceptowalna. Na tym bazarze kupiliśmy balijskie curry, kolorowy pieprz, trawę cytrynową, laski wanilii, anyżek i mnóstwo owoców.

Owocowy targ

Owocowy targ

Następnie docieramy do Pura Ulun Danu Bratan. Ta zbudowana w 1663 roku świątynia jest jedną z ważniejszych świątyń poświęconych bogini Sziwie i drugą najważniejszą świątynią na wodzie. Odbywają się tu wszelkie rytuały związane z wodą i jej boginią Dewi Danu. Swoją stupę ma tu także Budda. Położona nad brzegiem jeziora Bratan, z majaczącymi w tle górami, świątynia robi ogromne wrażenie. W jednym miejscu można posłuchać tradycyjnej muzyki, w innym widzimy ubranych na biało Balijczyków składających ofiary, w jeszcze innym młodą parę pozującą do zdjęć.

Obrzędy religijne

Obrzędy religijne

W tym miejscu zetknęliśmy się po raz pierwszy z dość nietypową, jak dla nas, prośbą miejscowych: Czy możesz sobie zrobić z nami zdjęcie? Tak! Indonezyjczycy, szczególnie ci młodzi, chętnie fotografują się z turystami, zwłaszcza jeśli jesteś wysokim, niebieskookim i blondwłosym Europejczykiem. Trochę jak małpa w cyrku a trochę jak dziwoląg, ale co tam! Szeroki uśmiech i założę się, że już jutro znajdziemy się na indonezyjskim Facebooku.

Ostatni przystanek na dziś to okolice Munduk, gdzie wybieramy się zobaczyć dwa średniej wielkości wodospady. Dojście do pierwszego zajmuje ok. 10-15 min. – można podejść prawie pod sam wodospad. Do drugiego wodospadu idzie się ok. 1 godz. Powrót jest pod górę więc warto zarezerwować trochę czasu i koniecznie uzbroić się w repelent na komary.

Będąc na Bali warto się również wybrać do świątyni Luhur Uluwatu znajdującej się na południu wyspy. Jest to kolejna z dziewięciu świątyń wybudowanych aby chronić Bali przed złymi duchami. Zbudowana na szczycie stromego klifu, świątynia ta poświęcona jest bogom morza. O zachodzie słońca można tu obejrzeć tradycyjny taniec – kecak. Uwaga na małpich złodziejaszków! Ukradły nam czapkę, którą „zgodziły się przehandlować” za batoniki. Jeszcze jedna uwaga: jeżeli przyjeżdżacie tu taksówką to warto ją zatrzymać dopłacając kierowcy za czekanie. My zwolniliśmy naszego kierowcę i mieliśmy ogromny problem z powrotem do Sanur. Miejscowi wiedzą, że nie masz czym wracać i za nic na świecie nie chcą zejść z ceny.

Klif świątyni Uluwatu

Klif świątyni Uluwatu

FLORES I KOMODO, CZYLI WITAJCIE W DŻUNGLI

Kolejnym etapem naszej wyprawy była wyspa Flores i położone u jej wybrzeży Komodo. Po wylądowaniu w Ende, półgodzinnym targowaniu się o cenę transportu i dwóch godzinach zakrętów śmierci i dziur (dystans raptem 50 km), lżejsi o 250 tyś. IDR dotarliśmy do miejscowości Moni. To punkt wypadowy do Parku Narodowego Kelimutu, którego główną atrakcją są kolorowe jeziora. Ten cud natury najlepiej oglądać wcześnie rano – po pierwsze dlatego, że wschód słońca nad tymi jeziorami jest naprawdę niesamowity, po drugie z samego rana panuje przyjemny chłodek i jest mniejsza szansa na to, że cały widok zasłonią chmury. Po trzecie wreszcie, rano jest mniej hałaśliwych miejscowych. Transport do parku najlepiej załatwić sobie w hotelu, w którym się zatrzymujemy. Można oczywiście dojść tam pieszo, ale jest to dystans przynajmniej 13 km pod górę (wg przewodnika. Osobiste doświadczenie podpowiada nam, że jest to raczej ok. 20 km). W połowie drogi pod górę zatrzymujemy się przy budce, w której uiszczamy opłatę 20.000 rupii od osoby plus 50.000 rupii za aparat (to standard w niemal wszystkich parkach narodowych). Potem czeka nas krótki marsz do punktu widokowego (Inspiration Point), gdzie z kubkiem gorącej herbatki i ciasteczkiem czekamy na wschód słońca. Wszystkie trzy jeziora znajdują się w kraterze wulkanu. Ich kolory zależą od ilości i rodzaju rozpuszczających się w nich minerałów. I tak dzięki magii chemii jedno z jezior jest turkusowe, drugi czarne a trzecie brązowe (chociaż podczas naszego pobytu było również turkusowe z takimi brązowymi mazami). Woda wydaje się gęsta jak farba, nieruchoma. Jeziora wyglądają jak sztuczne. W drogę powrotną wybraliśmy się na piechotę i ten niesamowity, prawie 20 km spacer niemal nas wykończył.

Kolorowe jeziora w Parku Narodowym Kelimutu, Flores

Kolorowe jeziora w Parku Narodowym Kelimutu, Flores

Tego samego dnia wróciliśmy z Moni do Ende, skąd mieliśmy się udać dalej do Labuan Bajo, z którego wypływa się na Komodo. I tu mała uwaga: jeżeli jest taka możliwość, szczególnie w przypadku małych lotniskach jak Ende czy Labuan Bajo, dobrze jest potwierdzić swój lot na 24 godz. przed planowanym wylotem. Inaczej możecie, tak jak my, stawić się na swój lot, którego nie ma. Nasz lot z Ende do Labuan Bajo został skasowany, o czym poinformował nas wielce zdziwiony pracownik lotniska. Na szczęście tenże sam pracownik zmienił nasz odwołany lot na lot następnego dnia rano. Takie małe lotniska mają jeszcze inne urocze cechy: zazwyczaj nie ma tu nawet taśmy bagażowej, wszystkie torby wykładane są na biurko, a pan z obsługi wywrzaskuje nazwiska pasażerów i sprawdza numer przywieszki bagażowej. Po odprawie wyszliśmy na miasto kupić lokalne pączki, na innym lotnisku oprócz naszego bagażu zważono także nas. Gwoli ścisłości nikt nie ważył miejscowych. Ot, lokalne uroki.

Terminal na lotnisku w Ende

Terminal na lotnisku w Ende

Z ciekawości sprawdziliśmy możliwość przedostania się z Ende do Labuan Bajo drogą lądową. Pokonanie ok. 200 km busem zajmuje ok. 15 godz., natomiast lokalny kierowca stwierdził, że da radę zrobić tę trasę w 10 godz. Nie zaryzykowaliśmy…

Następnego dnia docieramy do portu w Labuan Bajo. Tu rozpoczynamy poszukiwania łajby, którą dopłyniemy na Komodo. Wynajem łódki to wcale nie taka prosta sprawa. Jeżeli mamy możliwość połączmy siły z inną grupą, wówczas koszt rozkłada się na więcej osób. Do nas dołączyła samotnie podróżująca Rosjanka, dzięki czemu koszt rozłożył się na pięć osób. Wynajęliśmy łódź na 26 godz. za 2,5 mln IDR (podobno można stargować do 2 mln). W cenie: rejs na Komodo i Rinkę, dwa postoje na snorkeling w okolicy Bigadari i Manta Point, sprzęt, wyżywienie przez cały rejs oraz transport na lotnisko. Osobno płatne są wejściówki do parku narodowego na Komodo, napiwek dla strażnika (rangera, z oczywistych względów po parku Komodo chodzi się z opiekunem) oraz opłaty za aparat (łącznie ok. 120 tyś. IDR). W gotówkę trzeba się zaopatrzyć przed wypłynięciem z Labuan Bajo (jest tu kilka bankomatów). Przed wypłynięciem warto sprawdzić czy kapitan zna chociaż odrobinę angielski (w końcu spędzicie razem kilka godzin), poprosić o odpalenie silnika (ten odgłos będzie wam towarzyszył przez cały rejs), sprawdzić czy są kamizelki ratunkowe, wystarczająca ilość materacy dla wszystkich uczestników, kuchnia, toaleta, słodka woda do obmywania się (o prysznicu radzę zapomnieć, chyba że kogoś stać na wynajęcie profesjonalnego jachtu) i okiem laika zerknąć czy łajba budzi w ogóle wasze zaufanie. Polecamy także spisać wszystkie ustalenia na kartce i zebrać podpisy, żeby później nie było rozbieżności, że nie było czegoś co miało być.

Rejs wśród maleńkich zielonych wysepek, przez piękną, błękitną wodę, w której można dostrzec żółwia lub stado delfinów, to rozleniwiająca przyjemność. Podwodny świat zachwyca. Maleńkie plaże w zatoczkach kuszą białym piaseczkiem. Chyba jesteśmy w raju. Albo gdzieś niedaleko.

DSC_0249

Teraz czas na główną atrakcję tej części Indonezji. Warany. Zwane również smokami z Komodo. Największa, i chyba najbardziej podła, współcześnie żyjąca jaszczurka. Robią wrażenie nieco niezdarnych i bardzo powolnych. Ale to tylko wrażenie. Te przyjemne stwory są całkiem szybkie na krótkich dystansach i potrafią całkiem nieźle pływać. W ich ślinie żyje ponad 50 szczepów bakterii, ogonem potrafią uderzyć z siłą dwóch ton. Żywią się ptakami, bawołami, świniami, ludźmi i innymi młodymi waranami. Młode warany do trzeciego roku życia nie schodzą z drzewa. Im starsze, tym mniejsza szansa, że zje je własna mamusia. O tym wszystkim opowiada nam nasz ranger w parku narodowym na wyspie Rinca, uśmiechnięty szesnastolatek, który dzierży rozwidlony patyk celem obrony turystów przed waranami. Stoimy za budynkami administracyjnymi, za którymi wyleguje się stado waranów, a nasz opiekun opowiada nam ciekawostki w stylu dzień z życia warana. Był też taki przypadek, że rodzice wrócili do domu, a tu waran zdążył już pożreć pół ich sześcioletniej córki. – mówi z uśmiechem młodzieniec. Nam jest mniej do śmiechu. – Ja tu pracuję prawie dwa lata, ale one nikogo nie rozpoznają i do nikogo się nie przywiązują. Mogłyby mnie zjeść na śniadanie bez żadnych wyrzutów sumienia. – po czym rzuca im surowe jajko, na co warany sprintem biegną w stronę pożywienia. Do tej pory było tu tylko 15 śmiertelnych wypadków – kontynuuje młodzian ruszając w stronę lasu. Staramy się trzymać jak najbliżej. Po drodze spotykamy kilka waranów na drzewach lub w trawie. Żaden nie wydaje się być nami zainteresowany. Nie wolno odłączać się od grupy. Jeden turysta się odłączył i zniknął. Znaleźliśmy potem jego plecak i aparat i na ostatnim zrobionym zdjęciu widać było otwartą paszczę – mówi z kamienną twarzą nasz przewodnik gdy wychodzimy z lasu na rozległą, zieloną równinę. A widząc nasze niedowierzające miny dodaje – Nie, nie, to taki żart. A ha ha ha. Nasz spacer po Rince trwał nieco ponad godzinę. Wieczorem nasza łajba zacumowała w pobliżu Komodo. Spanie na łódce na materacach było dość nowym doznaniem. Z samego rana udaliśmy się na Komodo (doradzono nam wybranie się z samego rana gdyż podobno o 10 miał przypłynąć wielki statek wycieczkowy). Spacer po Komodo nie różnił się zbytnio od tego po Rince. Nasz przewodnik był mniej rozmowny i zobaczyliśmy jeszcze więcej waranów.

Warany, czyli smoki z Komodo

Warany, czyli smoki z Komodo

Załoga naszego statku, kapitan i jego dwóch „oficerów”, okazała się naprawdę super. Bardzo mili, rozmowni, pomocni, zrobili wszystko, aby uprzyjemnić nam ten rejs.

OSTATNI PRZYSTANEK – JAWA

Ostatnim etapem naszej podróży była Yogyakarta. Na zwiedzanie miasta i okolic warto zarezerwować 3 dni. Jeden dzień wystarczy na zwiedzaniu samego miasta – wyjątkowo mało imponującego pałacu sułtana, basenów sułtana oraz ulicy Malioboro – głównego deptaka a zarazem ogromnego targu rozmaitości. Ogólnie Yogyakarta, której nazwę lokalni skracają do swojskiego Jogja (czyt. dźogdźia), jest uznawana za kulturalną stolicę Jawy. Obok sklepików z rękodziełem, ulicznych malarzy i grajków, znajdziemy tu także handlarzy koszulkami, breloczkami, materiałami i tysiącem innej tandety. Warto stąd przywieźć kolorowe, wzorzyste batiki (tkaniny).

Riksze

Riksze

W okolicy Yogyakarty znajdują się dwie warte odwiedzenia świątynie – Prambanan i Borobudur. Prambanan to wybudowany w IX wieku hinduistyczny kompleks świątynny, poświęcony Trimurti, czyli hinduistycznej trójcy – wcieleniu boga jako stwórcy (Brahma), opiekuna (Wisznu) i niszczyciela (Sziwa). Obecnie to największy hinduistyczny kompleks w Indonezji. W XVI wieku świątynie zniszczyło trzęsienie ziemi, wcześniej wybuch wulkanu. To, że w ogóle możemy je oglądać w takim stanie zawdzięczamy niejakiemu panu Tomasowi Stamford Raffles, który odnalazł je na początku XIX wieku i zalecił ich odgrzebanie i odbudowę.

Świątynia Prambanan w niestety dość pochmurny dzień

Świątynia Prambanan w niestety dość pochmurny dzień

Do świątyni można dojechać komunikacją miejską (TransJogja). Nie dajcie się nabrać – z przystanku, na którym wysiądziecie do świątyni można bez problemu dojść na piechotę. Po wejściu należy udać się do kasy dla turystów (tak, miejscowi mają swoja osobną kasę i szlag może trafić, bo bilet wstępu dla miejscowych kosztuje jakieś 3 USD). Wejściówka kosztuje 15 USD (honorowane są karty Euro26, uprawniają do zniżki 50%). No i w kasie dla turystów można się poczęstować herbatą (za darmo). Coś za coś. Wieczorem na terenie kompleksu można obejrzeć jawajski balet Ramayana (dodatkowo płatny – 150 tyś. IDR). Tu znów można przeczytać opis w narzeczu przypominającym język angielski. Jeśli nie macie bladego pojęcia o co chodzi w tej historii, dobrze jest przeczytać ten opis, bo inaczej ten balet nie będzie się wiele różnił od wesołych podrygiwań umalowanych młodzieńców i ludzi przebranych za małpy. Niezłą zabawą, po przeczytaniu opisu, było zgadywanie co się dzieje. Ale poważnie – ten występ naprawdę warto zobaczyć.

Ramayana, jawajski balet

Ramayana, jawajski balet

Borobudur to dla odmiany świątynia buddyjska. Położona jest ok. 40 km od Jogji, ale transport można sobie bez problemu załatwić w mieście. Wejściówka to kolejne 15 USD (tu też honorowane są karty Euro26) dla turystów i jakieś 4 USD dla miejscowych (przemknęło nam nawet przez głowę, żeby się przebrać za miejscowych, ale cóż…). Borobudur przypomina ogromne, wielowarstwowe ciasto, jest tam ponad 2.600 płaskorzeźb i ponad 500 figur Buddy. A na samej górze aż roi się od buddyjskich stup (nie stóp) – w każdej stupie siedzi Budda.

świątynia Borobudur

świątynia Borobudur

Stupy na szczycie Borobudur

Stupy na szczycie Borobudur

Jednak największą atrakcją na górze… okazaliśmy się my sami oraz para bardzo wysokich Holendrów. Po raz drugi na tej wyprawie wiele osób, szczególnie nastolatków, chciało sobie robić z nami zdjęcia. No cóż, jeżeli przeciętny Jawajczyk wchodzi temu Holendrowi pod pachę, to sami rozumiecie. Dlatego też w ramach zacieśniania stosunków polsko-jawajskich daliśmy się obfotografować z każdej strony. Holendrzy też, ale czy mieliśmy inne wyjście?

Będąc w okolicy Borobudur można podjechać pod Merapi, wulkanu górującego nad Yogyakartą. Polecamy też zatrzymać się na kilka minut koło Candi Mendut (3 km przed Borobudur) i zajrzeć do znajdującej się tam niewielkiej świątyni, gdzie zobaczymy stojącego Buddę, co jest podobno dość niezwykłe. Warto zajrzeć też do pobliskiego klasztoru mnichów buddyjskich.

Kolejny etap to już tylko przesiadka w Dżakarcie i lot do Europy. Jeśli nie liczyć knajp znajdujących się w okolicy naszego hotelu, to w zasadzie nie zwiedzaliśmy Dżakarty. Jadąc z lotniska widzieliśmy głównie smutne, szare wieżowce i niekończące się korki. Jeśli istnieje taka możliwość lepiej rezerwować od razu loty na Bali.

Trzy tygodnie w Indonezji minęły nam w oka mgnieniu. A w Polsce początek wiosny, ale nadal zimno i pochmurno. A gdy zatęsknimy za klimatem Indonezji spojrzymy sobie na to…

DSC_0399