Dubaj i Oman

Kierunek: Dubaj i Oman

Termin: 26.03.2011 – 01.04.2011

Przelot: Warszawa (WAW) – Ryga (RIX) – Dubaj (DXB) – Maskat (MCT) – Dubaj (DXB) – Ryga (RIX) – Warszawa (WAW)

 

PRZED PODRÓŻĄ:

DSC_0141Wiza do ZEA:

Aktualizacja: Od 22 kwietnia 2014 obywatele Polski są zwolnieni z obowiązku wizowego podczas wizyt w ZEA. Wystarczy zatem paszport. Poniższy opis naszych perypetii w 2011 roku można teraz rozpatrywać w kategorii ciekawostki biurokratycznej, która jeszcze niedawno funkcjonowała 🙂

To jest dłuższa historia. Obywatele Polski podlegają obowiązkowi wizowemu w ZEA, jednak wiza nie jest wydawana „on arrival” na lotnisku ani też ambasada ZEA w Warszawie nie zajmuje się sprawami konsularnymi. Spytacie zatem jak załatwić tą wizę? Otóż nie chodzi tu o samą wizę a o zaproszenie. Nie można tak po prostu wjechać sobie do Emiratów, trzeba zostać zaproszonym 🙂 Takie zaproszenie może wysłać obywatel ZEA (niestety tak się złożyło, że wśród znajomych nie mamy szejków z zatoki), linia lotnicza (w praktyce chyba tylko linie Emirates pomagają. Linia AirBaltic, którą lecieliśmy, nie była zainteresowana tematem) lub firma posiadająca reprezentację w ZEA, czyli w praktyce np. biuro podróży. Ta ostatnia możliwość jest bezproblemowa i relatywnie szybka (podobno 3 do 7 dni) ale swoje kosztuje – ok. 500 zł od osoby.

Jest jeszcze jedna opcja – wiza na 96 godzin (wiza tranzytowa), która wydawana jest wyłącznie na lotnisku w Dubaju i uprawnia do max. 4 dni pobytu w ZEA bez specjalnego zaproszenia. Warunki: minimum 8 godzin przerwy między lotami, potwierdzona rezerwacja na przelot do innego kraju niż kraj z którego przylecieliśmy (tj. jak mamy lot z Polski to następny lot musi być gdziekolwiek indziej). Z tej opcji skorzystaliśmy.

Uwaga! Zdarza się podobno (wyczytane na forach internetowych), że linie lotnicze odmawiają wstępu na pokład osobom lecącym do Dubaju bez zaproszenia. My nie mieliśmy tego typu problemów, podczas przesiadki w Rydze pokazaliśmy bilet na dalszy odcinek podróży i wydruk ze strony lotniska z informacją o możliwości uzyskania 96h wizy tranzytowej.

Ale na tym procedura się nie kończy. To niestety nie działa tak, że idziemy do kontroli paszportowej a tam pan wstukuje w komputer, że my tylko na 96h, pieczątka i do widzenia. Najpierw trzeba uzyskać kwit transferowy. Taki kwit wydają biura podróży na lotnisku, które oferują pełne pakiety tranzytowe tj. oprócz kwitu transferowego załatwią hotel, wycieczkę po pustyni, przelot helikopterem, skok na bungee czy jeszcze inne cuda wianki. Klient, który chce tylko kwit to dla nich nie atrakcja, więc za kwit kasują 70 USD (w jednym z biur chcieli od nas za 2 os. 300 EUR, ale nie mam pewności czy nie planowali dorzucić nam w tej cenie jakiegoś „pakietu”). Urocza Pani po zainkasowaniu 140 USD wyciągnęła rzeczony kwit i zaczęła go wypełniać. Chwilę zastanawiała się gdzie ta Polska, potem gdzie leży ta Ryga, co to się w niej przesiadaliśmy, wreszcie odpuściła sobie geografię Europy środkowo-wschodniej i skoncentrowała się na tym gdzie się będziemy zatrzymywać w Dubaju. Gdy wszystkie pola były uzupełnione, a pokwitowania rezerwacji hotelowych i lotniczych dołączone, urocza Pani zabrała nasze paszporty i zniknęła na dobre 40 min. Jest to wystarczająco dużo czasu by człowiek zaczął się zastanawiać czy ów paszport jeszcze kiedykolwiek odzyska, bo ponad 4000 km. od domu mógłby się jeszcze na coś przydać…

Gdy tak zrezygnowani siedzieliśmy i zastanawialiśmy się czy jeszcze odzyskamy nasze paszporty oraz czy kiedykolwiek uda nam się opuścić to lotnisko, z głośników popłynął śpiew… Alllaaaaaaaaaaaaaah Akbar! I tak dobre 5 min. nawoływania.

Hmm, w sumie to czego innego się spodziewaliśmy. Przynajmniej wiadomo, że wybiła 5:00 rano.

Gdy Pani wróciła okazało się, że jeszcze tylko musimy opłacić 100 AED w banku (okienko, które wygląda jak kantor) i możemy udać się do kontroli paszportowej. Stanowisk kontroli jest w terminalu 1 chyba 50 i nawet jak wszystkie są otwarte to i tak czeka się ok. 20 min. Jeszcze tylko skanowanie siatkówki oka, pieczątka i witamy w Dubaju (po bagatela 3 godz. od wylądowania). Po odebraniu bagaży jest jeszcze skaner bagażu. Wwożenie do Emiratów alkoholu i pornografii jest zabronione. Choć trzeba przyznać, że panowie od kontroli nie przyglądali się zawartości naszej walizki zbyt uważnie.

Być może pechowi należy przypisać to, że cała procedura uzyskania wizy tranzytowej wyglądała jak wyglądała i ktoś inny ma inne doświadczenia. Niemniej jednak, obsługa na lotnisku jest mało pomocna i często udziela sprzecznych informacji, a sama procedura jest zbiurokratyzowana do granic możliwości.

Sprawa wygląda zupełnie inaczej jeżeli podróżuje się linią Emirates i owo zaproszenie jest załatwiane przez tę linię. Podczas innej podróży z przesiadką w Dubaju, lecąc właśnie Emirates, uzyskanie wizy tranzytowej i opuszczenie lotniska zajęło nam równo godzinę od wyjścia z samolotu i tym razem głównie ze względu na znaczne odległości jakie trzeba pokonać na tym lotnisku.

 

DSC_0430

Wiza do Omanu: brak szczególnych wymagań. Obywatelom Polski wiza wydawana jest od ręki na lotnisku w Maskacie po uiszczeniu opłaty w wysokości 20 OMR. Konieczne jest posiadanie paszportu ważnego przez przynajmniej pół roku. Jeżeli posiadamy ważną wizę do Zjednoczonych Emiratów Arabskich nabytą na lotnisku w Dubaju to za wizę do Omanu nie zapłacimy nic. Niestety „promocja” nie dotyczy posiadaczy wizy tranzytowej z Dubaju.

Szczepienia: zalecane: WZW A i B, dur brzuszny, tężec.

Waluta w UAE: Dirham  [AED], 1 AED = ok. 0,8 PLN. Lokalną walutę można wygodnie wypłacać w powszechnie dostępnych bankomatach.

Waluta w Omanie: Rial Omański [OMR], 1 OMR = ok. 8 PLN. Lokalną walutę można wygodnie wypłacać w powszechnie dostępnych bankomatach. Dość oryginalnie 1 OMR dzieli się na 1000 (a nie jak to zazwyczaj bywa 100) baisa. Dodatkowym urokiem są banknoty ½ OMR (pół riala).

 

Noclegi:

  • Royal Falcon (Dubaj) – w Dubaju raczej brakuje tanich hoteli/hosteli, nie jest to backpackerski kierunek. Zdecydowaliśmy się na Royal Falcon ponieważ był niedaleko metra (Union Square) i był jednym z tańszych hoteli. Zdecydowanie nie polecamy tego zakwaterowania. Hotel ma lata swej świetności dawno za sobą, w pokojach śmierdzi stęchlizną a sprzątanie pokoju ogranicza się niemal wyłącznie do gościa z odświeżaczem powietrza. W nocy organizowane są huczne imprezy (pół biedy jak się dostanie pokój gdzieś na górnych piętrach, ale na dole to masakra). Klimatyzacja nie ma sterowania w pokoju i z automatu ustawiana jest na tryb „Mała Grenlandia”
  • Sur Plaza Hotel (Sur) – w Surze niestety ilość hoteli jest znikoma, z braku konkurencji ceny są wysokie. Jeden nocleg kosztował 45 OMR.
  • Mutrah Hotel (Maskat) – przyzwoity hotelik za rozsądne pieniądze, lokalizacja w Mutrah, 10-15 min jazdy od bulwaru w Maskacie. Hotel był na tyle miły, ze pozwolił nam skorzystać z prysznica w dniu wyjazdu, już po wymeldowaniu się.

Sezon: Najlepszy okres to listopad do marca, kiedy temperatury oscylują wokół przyjemnych 25°C. Latem temperatury potrafią osiągnąć nawet 50°C (wówczas zamykane są szkoły i można nie iść do pracy). Lato jest jednak dobrym okresem na wybranie się na południe Omanu, w okolice granicy z Jemenem, do Sallalah i zobaczenie khareef – sezonu deszczowego w południowym Omanie. Usłane zielenią wzgórza w tym pustynnym kraju to z pewnością niezapomniane wrażenie.

Różnica czasu: UTC/GMT +4 godz.

Nasz przewodnik: “Oman, UAE & Arabian Peninsula”, Lonely Planet

 

Trasa na miejscu:

3 dni w Dubaju i przelot do Maskatu – Quriyat – Wadi Shab – Sur – Ras al Jinz Turtle Reserve – Nizwa – Maskat – powrót do Warszawy przez Dubaj (bez opuszczania lotniska) i Rygę.

mapa

Transport:

W Dubaju: Naszymi głównymi środkami transportu było metro i autobusy. Na stacjach metra można wyrobić sobie kartę zbliżeniową NOL (http://www.nol.ae/), którą się doładowuje. Wsiadając i wysiadając ze środków komunikacji należy zbliżyć kartę do czytnika. System bardzo zbliżony do londyńskiego Oystera.

Trzeba też przyznać, że ceny taksówek są bardzo zachęcające. Wszystkie taksówki są wyposażone w taksometr.

W Omanie:

Na pierwsze dwa dni wypożyczyliśmy samochód. Koszt wynajmu Toyoty Yaris w wersji sedan to wydatek 19 OMR za dzień, koszt paliwa to równowartość ok. 1 PLN za litr 🙂

W komunikacji po Maskacie chcieliśmy nawet skorzystać z busów, ale zawsze wcześniej podjeżdżał do nas taksówkarz, z którym ostatecznie dogadywaliśmy się co do ceny. Maskat, a w zasadzie Mutrah, Ruwi i Maskat, które składają się na stolicę, nie są zbyt rozległe, w większość miejsc dojedziemy za 2-3 OMR.

A może skoczymy do Dubaju…

Pomysł zrodził się, jak to zwykle bywa, dość przypadkowo. Łotewska linia lotnicza AirBaltic przy okazji św. Bożego Narodzenia zorganizowała na swojej stronie internetowej konkurs. Nagrodą w konkursie był darmowy bilet z ich siatki dla dwóch osób… Nie… nie wygraliśmy, ale człowiek zawsze się łudzi, że może się uda. Linia była jednak na tyle miła, że wszystkim uczestnikom konkursu na pocieszenie rozdała kody zniżkowe 50% wartości biletu. Uznaliśmy, że pewnie chodzi o 50% taryfy lotniczej, a nie całkowitej wartości biletu, co w praktyce oznacza realną zniżkę na poziomie 15%. Zawsze warto jednak spróbować. Jakież było nasze zdziwienie gdy okazało, że zniżka obowiązuje od całkowitej wartości biletu, a bilet z Warszawy do Dubaju z przesiadką w Rydze zamiast 1300 PLN kosztuje 650 PLN w dwie strony! Nie wiele myśląc kupiliśmy bilety.

Z początku plan był prosty – spędzimy tydzień w ZEA! Jednak po zapoznaniu się z procedurami wizowymi entuzjazm trochę opadł. Wydać 500 zł na biurokrację to średnia frajda. Jedyną sensowną alternatywą na horyzoncie była 96 godzinna wiza tranzytowa. Zaczęliśmy się więc rozglądać za innymi kierunkami gdzie z Dubaju można dalej polecieć. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na Oman. Koszt przelotu na trasie Dubaj – Maskat – Dubaj oraz koszt wizy Omańskiej mieściły się w koszcie wizy do ZEA. Trzeba jednak zaznaczyć, że 96 godzinna wiza tranzytowa nie jest darmowa… To koszt ok. 100 USD… (szczegółowa procedura wizowa – patrz sekcja Wiza do ZEA).

Przez moment sądziliśmy, że gospodarka ZEA jest oparta przede wszystkim na petrodolarach. Jak się okazuje turystów też potrafią kosić. W praktyce jeszcze się o tym przekonaliśmy. Dubaj ma ofertę skrojoną na każdą kieszeń, ważne żeby ją opróżnić 🙂

Gdy już udało nam się opuścić lotnisko, aby dojechać do hotelu skorzystaliśmy z jedynej wówczas linii metra (druga linia była już na wykończeniu ale jeszcze nie oddana do użytku). Jest to w zasadzie kolejka naziemna, która w większości biegnie na pylonach zawieszonych nad ziemią. Jedynie na krótkim  odcinku schodzi pod ziemię. Metro jest imponujące. Generalnie w odniesieniu do Dubaju słowo imponujące przewija się dość często. Przestronne stacje wyłożone marmurami, z błyszczącą posadzką oraz bezzałogowe pociągi metra, które maja wagony pierwszej klasy… Serio, metro z wagonami pierwszej klasy! W środku są wygodne fotele lotnicze. Jest też sekcja przeznaczona wyłącznie dla kobiet i dzieci. Z pozostałych części korzystają przede wszystkim imigranci (Hindusi, Persowie, Filipińczycy itd.). W końcu jeżeli paliwo kosztuje równowartość 1,30 PLN za litr to kto by korzystał z komunikacji publicznej… Jednak niezaprzeczalną zaletą metra jest fakt, że nie stoi w korku, a korki w Dubaju potrafią być pokaźnych rozmiarów. Jeśli wszyscy jeżdżą samochodami, to nawet ośmiopasmowa (miejscami) autostrada potrafi się zakorkować.

Highway

Nasze pierwsze kroki w Dubaju kierujemy do jednego z najbardziej charakterystycznych punktów tego miasta – Burj Khalifa, najwyższego budynku na świecie. Tych wszystkich „naj” w Dubaju jest całkiem sporo. Wieżowiec ma niespełna 830 m. wysokości i 163 pietra, choć turyści mogą wjechać maksymalnie na 124 piętro. Bilety kosztują 125 AED (ok. 100 zł) i warto je kupić wcześniej przez Internet, bo na miejscu są nie tylko droższe ale też, często ich brakuje. Wjazd na górę odbywa się ultra, super, wypas szybką windą 🙂 i trwa dokładnie 60 sekund. Winda jest szczytem kiczu turystycznego, są w niej dwa przyciski: 0 i 124, a w trakcie wjazdu na górę przygasają światła, na ekranach LCD wyświetlane są krótkie filmiki promujące Emiraty, w tle gra dynamiczna muzyka, coraz głośniej, aż do kulminacyjnego momentu jakim jest 124 piętro. Na górze jest sklepik z kiczowatymi pamiątkami i automat ze sztabkami złota… Taki jak z napojami, ale wydaje złoto. Gdyby komuś właśnie w tym momencie przyszło do głowy „żona prosiła, żebym wracając do domu kupił 3 kg. złota, to wezmę od razu…”

Burj Khalifa

Burj Khalifa

Co najważniejsze – z góry rozpościera się naprawdę ładny widok. Z tej perspektywy rzeczywiście widać, że to miasto zostało siłą wyrwane pustyni. Po horyzont piasek, a z drugiej strony wody zatoki, w dole inne wieżowce. Człowiek czuje się trochę jak w SimCity, wszystko jest takie małe, daleko w dole. Na 124 piętrze jest także taras, więc widoki można podziwiać nie tylko przez szybę. Dobrą porą na odwiedzenie Burj Khalify są okolice godz. 18 aby podziwiać zachód słońca.

widok z góry

U podnóża najwyższego budynku świata znajdują się kolejne atrakcje, wszystkie „naj”. Największe centrum handlowe Dubai Mall oraz największe tańczące fontanny. Centrum handlowe jak to centrum handlowe, masa sklepów z dość wysokimi cenami (chociaż kto wie, może tutaj torebka Gucci kosztuje tylko 800 euro, a nie 900 euro jak w Mediolanie). W centrum handlowym jest jedna ciekawostka, rzeczywiście warta odwiedzenia, największe (jakżeby inaczej!) akwarium i podwodne zoo. Akwarium mieści 10 milionów litrów wody, 140 gatunków, w tym ponad 400 rekinów. Za darmo można poobserwować życie podwodne przez frontową  szybę akwarium, która sięga na wysokość trzeciego piętra. Płatna część akwarium jest skrojona na każdą kieszeń. Można się po prostu przejść szklanym tunelem i odwiedzić zoo, za niewiele więcej można się dodatkowo przepłynąć łódką ze szklanym dnem, a za sporo więcej można w akwarium zanurkować, w klatce lub bez klatki. Aktualne ceny pakietów i wszystkie informacje dostępne są tutaj: http://www.thedubaiaquarium.com/.

Akwarium

Akwarium

Pomiędzy centrum handlowym a wieżowcem Burj Khalifa znajduje się sztuczne jezioro o powierzchni przeszło 120 tys. m2. To tam właśnie odbywają się pokazy tańczących fontann. Fontanny mają długość 275 i oświetla je 6 600 kolorowych świateł tworzących wraz z lokalną muzyką niesamowity spektakl. Fontanna potrafi wystrzelić wodę na wysokość 150 metrów (50 pięter) oraz utrzymywać 83 tys. litrów wody w powietrzu. Dodatkową atrakcją jest fakt, że oprócz świateł z fontann także światła oświetlające Burj Khalifę „tańczą” w rytm muzyki. Koncerty odbywają się głównie wieczorami co 30 min. choć każdy koncert trwa niestety raptem kilka minut. Szczerze mówiąc jeżeli ktoś widział prawie trzy godzinny koncert fontann w Barcelonie to obawiam się, że fontanny w Dubaju, aż takiego wrażenia na nim nie zrobią.

Jeżeli komuś jeszcze mało centrów handlowych to można dodatkowo odwiedzić Mall of the Emirates, które słynie ze stoku narciarskiego… My jednak nasz drugi dzień w Dubaju poświęciliśmy na poszukiwanie autentycznego, arabskiego klimatu. Nie jest to łatwe zadanie 🙂 Dubaj nie ma czegoś takiego jak stare miasto. Tam wszystko jest nowe, a mapy drogowe dezaktualizują się z chwilą druku. Zgodnie z przewodnikiem zaczęliśmy szwędać się po okolicy historycznego „Bastakia Quarter” jednak powiedzmy sobie szczerze szału nie ma.

Policja w Dubaju

Policja w Dubaju

Warto natomiast przepłynąć się tradycyjną, drewnianą łodzią Abra. Za 1 AED można skorzystać z jednej z dwóch tras: Bur Dubai – Deira Old Souq lub Dubai Old Souq -Al-Sabkha. Łodzie zabierają na pokład ok. 20 pasażerów i odpływają kiedy się zapełnią, czyli zazwyczaj co kilka minut.

łódka

Obowiązkowym punktem wizyty w Dubaju są souqi, czyli tradycyjne bazary. Podzielone są tematycznie, a szczególnie godne uwagi są Gold Souq (bazar ze złotem) oraz Spice Souq (z przyprawami). Niech nikogo nie zwiedzie nazwa bazar w odniesieniu do zakupu złota. W rzeczywistości są to klimatyzowane sklepy z witrynami ociekającymi 24 karatowym złotem. Wszystko zebrane pod jednym wielkim dachem. Odwiedzając jubilera w Polsce zazwyczaj kupimy złoto 14 karatowe, w Emiratach natomiast najniższa wartość z jaką się spotkaliśmy to 18 karatów. Trzeba przyznać, że te wystawy błyszczą się niesamowicie. Ceny złota są atrakcyjne, średnio 20%-30% taniej niż w Polsce, jednak jeżeli ktoś liczy na jakąś mega taniochę to może się przeliczyć. Tam proste i tanie produkty ze złota nie są popularne. Wyroby ze złota nie tylko muszą być wysoko-karatowe ale najczęściej zawierają diamenty. Biżuterię z kamieniami noszą nie tylko kobiety ale także mężczyźni. Gdy rozglądaliśmy się za obrączkami na nasz ślub okazało się, że obrączki z samego złota bez diamentów są mało popularne nawet wśród mężczyzn. Ostatecznie udało nam się takie dostać, jednak w zdecydowanej większości słyszeliśmy, że nie mają takich produktów w ofercie, jedynie wersje z diamentami, ale jak chcemy to kamień może być mały…

Witryna sklepu na bazarze złotnym

Witryna sklepu na bazarze złotnym

Niedaleko znajduje się souq z przyprawami. Jeżeli ktoś lubi kardamon to szczególnie polecam przywiezienie sobie ziaren kardamonu w łupinkach. Ziarenka wewnątrz łupinek są twarde, więc najlepsze efekty osiągniemy korzystając z młynka do przypraw. Taki świeży kardamon, po rozłupaniu, jest niesamowicie aromatyczny. W dobrej cenie jest także szafran.

przyprawy

Dalej na południe jest souq z perfumami, ciuchami (panie będą zachwycone wyborem szali z kaszmiru, jednak konia z rzędem temu, kto potrafi odróżnić podróbki od oryginału), oraz souqi warzywne i rybne.

Na bazarach jak to na bazarach trzeba się o wszystko targować, to niemal tradycja w państwach arabskich. Trzeba jednak przyznać, że handlarze w Emiratach nie są natarczywi, i chodzenie po souqach nie wiąże się z ciągłym opędzaniem się od naciągaczy.

Na wieczór postanawiamy się wybrać w okolice drugiego najbardziej charakterystycznego budynku w Dubaju – hotelu Burj Al Arab, by zobaczyć jak wygląda oświetlony w nocy. Szybki rzut oka na mapę i wsiadamy do metra przy Union Square. Na mapie wyglądało to na niezbyt duży odcinek, jednak nie sprawdziliśmy dokładnie skali mapy. Jest to odcinek 26 km, czyli dla porównania dystans jak z Młocin na Kabaty. Dodatkowo metro nie zatrzymuje się przy samym hotelu. Metro biegnie wzdłuż głównej arterii Dubaju Sheikh Zayed Rd., sześciopasmowej drogi (miejscami nawet ośmiopasmowej plus pasy do skrętu i pobocze) biegnącej w kierunku Abu Zabi. Od wyjścia z metra do hotelu są już tylko 3 kilometry (a na mapie wyglądało jakby to było zaraz obok), teraz już wiemy dlaczego gdy spytaliśmy się na stacji metra, w którą stronę do hotelu to pan z obsługi wskazał nam drogę do taksówki…

W oddali Burj al Arab

W oddali Burj al Arab

Kiedy wreszcie udało nam się dotrzeć do samego hotelu okazało się, że pod wejście nie wpuszczają osób, które nie są gośćmi hotelu. Pan z ochrony zasugerował, żebyśmy poszli być turystami gdzieś indziej… Jeżeli kogoś nie stać na nocleg (ok. 4400 PLN za dobę w podstawowym, dwuosobowym pokoju) to może skorzystać z restauracji. Najtaniej można dostać się do hotelu rezerwując śniadanie (wydatek ok. 250 AED/os.). Na promocje raczej nie ma co liczyć…

Ostatni rzut oka na panoramę Dubaju

Ostatni rzut oka na panoramę Dubaju

Jeszcze tylko ostatnie pamiątki i kończy się nasza przygoda z Dubajem. Omanie nadchodzimy 🙂

Na Omańskiej ziemi – w drodze do Sur

Po wylądowaniu w Maskacie udaliśmy się do wypożyczalni samochodów w celu załatwienia środka transportu aby dojechać do oddalonego o 200 km Sur. Koszt wynajmu na lotnisku w międzynarodowych sieciówkach nie odbiega zasadniczo od średniej europejskiej. W naszym przypadku było to 19 OMR za dzień, przypuszczam, że wynajmując na dłużej koszt za dzień byłby niższy. W tej cenie dostaliśmy Toyotę Yaris w wersji… sedan. Taka ciekawostka, bo na rynku europejskim Yaris sedan nie występuje. Samochód miał bardzo proste wyposażenie ale co najważniejsze – była w nim klimatyzacja. Kiedy ruszaliśmy spod lotniska temperatura wynosiła 32°C i wszystko wskazywało na to, że nie jest to jej ostatnie słowo… Trzeba przyznać, że jakość dróg w Omanie jest naprawdę imponująca. Autostrady niczym nie ustępują europejskim, no może z tym wyjątkiem, że nie są odgrodzone od reszty świata, więc w okolicy pobocza okazjonalnie pałętają się kozy albo wielbłądy… Oznakowanie też jest bez zastrzeżeń, zwykła papierowa mapa zabrana z lotniska w zupełności wystarczyła do nawigacji, nawet po Maskacie. Ponieważ w Omanie mieszka raptem ok. 3 mln. mieszkańców drogi nie są specjalnie zatłoczone i jeździ się dość przyjemnie, także po stolicy.

Yaris w wersji sedan

Yaris w wersji sedan

Nasz pierwszy postój w drodze do Sur to wioska rybacka Qurayat. W centrum znajduje się XIX wieczny fort. Niestety obiekt jest raczej zapuszczony, w okolicy pałętają się kozy… Ograniczamy się do krótkiej sesji fotograficznej i szybko ruszamy w dalszą drogę.

Fort w Qurayat

Fort w Qurayat

Autostrada biegnie wzdłuż wybrzeża z pięknymi plażami z białym piaskiem, po zachodniej stronie drogi ciągnie się pasmo gór Hajar. Nie ma tu żadnej infrastruktury, zatem jeżeli ktoś ma ochotę na plażowanie musi zabrać cały ekwipunek ze sobą. Między Qurayat i Sur nie ma także stacji benzynowej, trzeba się zatem upewnić, że mamy paliwa pod dostatkiem.

Ujście Wadi Shab do Oceanu

Ujście Wadi Shab do Oceanu

Nasz kolejny postój to Wadi Shab. Wadi lub też spolszczona wersja ued to wyschnięta dolina rzeczna, która w trakcie pory mokrej wypełnia się wodą tworząc niejednokrotnie szerokie i wartkie rzeki.

Spacer od Wadi Shab zaczyna się od przepłynięcia łódką na drugi brzeg (2 OMR). Polecam zabrać kryte buty, bo spora część wadi pokryta jest drobnymi kamykami i chodzenie w sandałach do przyjemnych nie należy. Miejscami przejścia miedzy skałami są naprawdę wąskie, jednak widoki są warte spaceru w wysokiej temperaturze. Na szczęście skały dają sporo cienia i oddechu od palącego słońca.

Wadi Shab 2

Na wyprawę oprócz dobrych butów i dużej ilości wody warto zabrać także stroje kąpielowe i coś do przebrania się. Spacer w dwie strony zajął nam ok. 2 godziny. Warto jednak spędzić tam więcej czasu. Idąc dwie godziny w jedną stronę, zgodnie z instrukcją z przewodnika, powinno się wyjść na pole kamieni i drzew figowych z basenami głębokiej wody. Do jednego z tych basenów podobno prowadzi drabinka, dalej zaś podwodny tunel do zatopionej pieczary. Nam udało się dojść do pola z kamieniami i drzewami figowymi, jednak nie byliśmy przygotowani na pływanie, a i samego jeziora z drabinką nie znaleźliśmy. Ponieważ zaczęło się ściemniać, szybko zaczęliśmy wracać do samochodu.

Wadi Shab 3

Późnym wieczorem docieramy do naszego hotelu w Sur. Niestety tej nocy nie będziemy długo spać, czeka nas pobudka o drugiej, aby zdążyć na czwartą rano do oddalonego o 55 km Ras al-Jinz, najbardziej wysuniętego punktu półwyspu arabskiego.

Żółwie, Sur, dau (dhow) i Nizwa

W Ras al-Jinz znajduje się rezerwat zielonych żółwi morskich, które z samego rana oraz wieczorem składają na pobliskiej plaży jaja. Aby zobaczyć ten „spektakl” trzeba umówić się na obserwację z przewodnikiem (szczegóły na stronie rezerwatu: http://www.rasaljinz-turtlereserve.com/), ponieważ liczba osób w każdym wyjściu jest ograniczona. Koszt to 1 OMR. Można także zanocować na miejscu (wówczas obserwacja żółwi gratis), jednak ceny nie są zachęcające (85 OMR za 2 os. pokój, tj. ok. 670 PLN). Warto wyposażyć się w latarkę, choć trzeba pamiętać aby nie świecić bezpośrednio na żółwie. Używanie flesza także jest zabronione. Jeżeli ktoś się nastawia na spektakularne zdjęcia to może się zawieść. Żółwi się nie dotyka i generalnie się im nie przeszkadza, w końcu próbują złożyć jaja, odrobina prywatności im się należy 🙂

Rocznie 20 tys. żółwi wraca na te plaże by złożyć jaja. Najlepszy okres to lipiec, kiedy w ciągu jednej nocy nawet 100 żółwi wychodzi na brzeg. Oprócz wielkich żółwi składających jaja po plaży biegają także maleńkie żółwiki, które dopiero co się wykluły i szukają drogi do wody.

Gdy zaczyna się robić widniej, a słońce zaczyna majaczyć na horyzoncie, na plaży zostają już tylko długie, prostopadłe do wody ślady po żółwiach. Spektakl skończony. Można wracać do hotelu na śniadanie.

W drodze powrotnej do Sur nasza uwagę przykuwa lokalna fauna. Wzdłuż drogi dość powszechnie można spotkać wielbłądy (wyglądały na dzikie, ale kto je tam wie) oraz flamingi. Podobno można też zobaczyć oryksy, nam się jednak nie udało.

wielbłąd

Samo Sur słynie przede wszystkim z produkcji tradycyjnych arabskich łodzi Dau (z angielska Dhow), które miejscowi nazywają “safeena” (statek) lub “suh-fin” (statki).

Dau

Dau

Warto także zobaczyć fort Sunaysilah, zbudowany na planie kwadratu, z czterema okrągłymi wieżami obserwacyjnymi, powstały 300 lat temu. Wejście znajduje się w pobliżu ronda nr. 3, jeżeli strażnika nie ma w budce na dole to znaczy, że schował się w cieniu samego fortu. Wystarczy zbliżyć się do wejścia, a momentalnie zostanie się zauważonym. Wejściówka to koszt 500 baisa.

Fort Sunaysilah w Sur

Fort Sunaysilah w Sur

Cały fort mieliśmy tylko dla siebie, żadnych innych turystów 🙂

Niestety w forcie nie ma zbyt dużo informacji po angielsku, więc nasza wizyta miała raczej charakter sesji fotograficznej niż edukacji historycznej.

W mieście są jeszcze 2 inne forty Bilad oraz Al Ayja, oba niedostępne dla zwiedzających, jednak wyglądające bardzo malowniczo. Szczególnie latarnia morska Al Ayja w okolicy mostu zwodzonego.

sur

Przed wyruszeniem w trasę do Nizwy postanowiliśmy posilić się w lokalnej knajpie. Zadanie to okazało się trudniejsze niż mogłoby się to wydawać. Ponieważ wzdłuż głównej drogi z numerowanymi rondami nie znaleźliśmy knajpy postanowiliśmy skręcić w pierwszą lepszą boczną drogę, zaparkować samochód i poszukać jadłodajni na piechotę. Na zegarku wybiła właśnie 12:00, słońce i termometr przypomniały nam, że jesteśmy na półwyspie arabskim, było 37 stopni w cieniu… Po ok. 15 min. łażenia w poszukiwaniu jakiekolwiek miejsca gdzie podają jakiekolwiek jedzenie w końcu trafiliśmy do czegoś co przy naprawdę szczerych chęciach można nazwać knajpą. Z wyglądu trochę jak szkolna stołówka, tylko mniejsza (max. 10 stolików). Pod sufitem zawieszony telewizor, w którym akurat leciała relacja z meczu krykieta (generalnie w wielu państwach Azji, a w szczególności w Indiach i na Sri Lance krykiet ma status zbliżony do tego jaki ma piłka nożna w Europie). W środku sami lokalsi zapatrzeni w telewizor, choć trzeba przyznać, że pojawienie się dwójki obcokrajowców wzbudziło pewne zainteresowanie. Gdy zajęliśmy miejsca przy stoliku podszedł do nas chłopiec (na oko 12 lat) i „spytał” co chcemy zamówić (w zasadzie to kiwnął głową nie odzywając się). Z braku menu, w którym można byłoby pokazać palcem „chcę to” i wskazać pierwsze lepsze zdjęcie potrawy, trzeba było improwizować, mówię zatem do chłopca „maybe Shawarma?” chłopiec pokręcił przecząco głową i zaproponował chicken tikka. Nie będziemy się kłócić, może być chicken tikka. Po kilkunastu minutach przyszedł grubszy jegomość w fartuchu opiętym na dość pokaźnym brzuchu (jak mniemam kucharz), trzymając w ręku wiadro (nie garnek, wiadro) z ryżem i zaczął nakładać ryż wielką packą, dostaliśmy jeszcze po małym talerzyku z świeżo okrojonym ogórkiem i pomidorem, oraz samego kurczaka. Poczułem się prawie jak na koloniach 🙂

Ciekawostką (a w zasadzie standardem) w knajpach jest fakt, że kelner praktycznie nie rozmawia z kobietą, o wszystko pyta mężczyznę. Jak przyszedł z propozycja dokładki to nie spytał czy Asia chce dokładkę, gdyby chciała to przecież jej mąż (brat, opiekun, w każdym razie facet) powinienem go o tym poinformować.

Jednak najprzyjemniejszą częścią tego posiłku okazał się rachunek na koniec, opiewał na zawrotną kwotę 2 riali 100 baisa tj. ok. 16 PLN…

Fort Nizwa

Fort Nizwa

Nasz następny etap to dawna stolica Omanu (w VI i VII w.) – Nizwa. Na miejsce dojeżdżamy ok. godz. 17.00. Odległość od Sur to ok. 320 km. Od razu udajemy się pod główna atrakcję miasta – XVII wieczny fort. Budowla jest imponująca, oglądamy ją w świetle zachodzącego słońca. Niestety na zwiedzanie samego fortu jest już za późno (turyści mogą go zwiedzać od soboty do czwartku w godz. 9:00 – 16:00). Niemniej jednak największe wrażenie robi z zewnątrz. Nieopodal fortu, wewnątrz murów znajduje się souq, którego poszczególne sekcje podzielone są tematycznie: targ rybny (pod koniec dnia aromat unoszący się w tej części jest powalający), owocowy, z rękodziełem i tanią chińską tandetą. Ryby nie są sprzedawane z żadnych lodówek tylko z gazety leżącej na ulicy. W ten sposób kupujący ma gwarancję, że ryba jest świeża. Unoszący się aromat jednak nas nie przekonuje…

handel rybami

handel rybami

Przed wyruszeniem w drogę do Maskatu udajemy się jeszcze do knajpy na kolację na najlepszego jak dotąd kurczaka Tikka Masala. W knajpie mamy także okazję przekonać się czym jest arabski „family room”.

Ok. godz. 20:00 wyruszamy do oddalonego o 170 km. Maskatu. Trasa biegnie po dobrej jakości dwupasmowej autostradzie. W hotelu meldujemy się przed 23:00. Na Nizwę zdecydowanie warto poświęcić więcej czasu, my niestety już nim nie dysponowaliśmy.

Dziwny telefon w nocy i zwiedzanie stolicy

Trzeba przyznać, że poprzedni dzień był bardzo intensywny, rozpoczął się bardzo wcześnie od wyprawy na żółwie a zakończył dość późnym wieczorem po przejechaniu łącznie ok. 600 km. Gdy tylko weszliśmy do pokoju i wzięliśmy szybki prysznic zasnęliśmy niemal z chwilą przyłożenia głowy do poduszki. Gdy nagle (ciężko powiedzieć, która była godzina, ale z pewnością zdążyliśmy już wejść w fazę głębokiego snu) w pokoju rozległ się dźwięk telefonu przy łóżku. Nie będąc pewni czy jeszcze śnimy, że coś dzwoni czy rzeczywiście coś dzwoni, średnio przytomnie podnoszę słuchawkę i wykrztuszam z siebie niemrawe „Halo?!”. W odpowiedzi słyszę jak ktoś nienagannie po polsku pyta się czy nie miałbym ochoty na piwo…? W tym momencie mój mózg zapewne najchętniej wyświetliłby komunikat SYSTEM ERROR! Zamiast tego z moich ust wydobywa się jedynie niemrawe „hę?”. Głos po drugiej stronie słuchawki, cały czas po polsku, zaczyna mi tłumaczyć, że na dole jest bar i mają w nim piwo i czy może jednak bym się nie napił? Udaje mi się w końcu wydukać w miarę składne zdanie (tak mi się przynajmniej wydaje), że jesteśmy zmęczeni i chcemy spać i, że może innym razem…

Po odłożeniu słuchawki mój mózg przez dobre 30 min. nie mógł się pozbierać po tym co właśnie się stało… No bo co to właściwie było? W końcu zmęczenie wzięło górę i zasnęliśmy nieniepokojeni kolejnymi telefonami.

Zagadka wyjaśniła się rano gdy zeszliśmy na śniadanie. Okazało się, że oprócz nas w tym samym hotelu zatrzymał się jeszcze jeden Polak, również o imieniu Piotr. Ponieważ podczas meldowania się w hotelu recepcjonista myślał, że jesteśmy razem podał mu nasz numer pokoju. Ponieważ Piotr na co dzień mieszka poza Polską, pomyślał, że to świetna okazja, żeby napić się z krajanami i stąd ów nocny telefon. Piotr okazał się bardzo ciekawą postacią, w sumie przy śniadaniu przegadaliśmy dobre dwie godziny. Jego historia potwierdza jak mało turystycznym krajem jest Oman. Jak się okazało jego wizyta nie wiązała się ze zwiedzaniem a z pracą. Otóż Piotr jest najemnym ochroniarzem na frachtowcach płynących przez zatokę Adeńską. Szybki rzut oka na mapę i okazuje się, że Somalia i piraci są relatywnie blisko. W pierwszym momencie nie do końca wierzyliśmy w historie, które nam opowiadał, w końcu nie co dzień spotyka się osoby trudniące się takim fachem, jednak jeden rzut oka na jego kompanów wystarczył, żeby pozbyć się wątpliwości. Ta międzynarodowa grupka przypakowanych gości naprawdę budziła szacunek.

Pewnie gadalibyśmy tak jeszcze długo, ale została nam niespełna godzina na oddanie samochodu do wypożyczalni. Jedyny problem to fakt, że braliśmy samochód na lotnisku a oddawaliśmy w centrum. Ale od czego są mapy google, wydrukowaliśmy sobie wszystko jak dojechać. W rezultacie udało nam się wjechać na główny plac pałacu Sułtana… Dopiero tam zatrzymali nas strażnicy i wyjaśnili, że Sułtan Omanu nie wypożycza samochodów… a już z całą pewnością nie Yarisa w wersji sedan, w końcu jego majątek prywatny jest szacowany na bagatela 700 milionów USD. Na szczęście ochroniarze spod pałacu naprawdę chcieli nam pomóc (chyba byliśmy jakąś ciekawą odmianą tego gorącego dnia) i w końcu znaleźli na mapie ulicę, na której znajdowała się wypożyczalnia i mniej więcej wyjaśnili nam jak tam dojechać. Jednak nawigacja po arabskich miastach nie jest zbyt prosta. Jak się później okazało kręciliśmy się dość blisko celu, jednak samej wypożyczalni nie mogliśmy znaleźć. Postanowiliśmy zatem zapytać w pierwszym lepszym sklepiku. Ponieważ Asia mówi lepiej po angielsku pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie jeżeli ona pójdzie a ja zostanę w samochodzie. To nie był dobry pomysł. Z relacji Asi wyglądało to mniej więcej tak:

– Wchodzę do sklepu. Przy ladzie stoi sprzedawca i jakiś facet. Idę w ich stronę i widzę jak z każdym moim krokiem rośnie przerażenie na ich twarzach. W końcu zatrzymuję się i zaczynam wyjaśniać, że szukamy wypożyczalni samochodów, że tutaj na kartce jest adres i że nie możemy nigdzie znaleźć, a powinna być w okolicy itd…

W odpowiedzi słyszę tylko jedno krótkie pytanie: – Gdzie jest Twój mąż?

Gdy mówię, że na zewnątrz w samochodzie, dyskusja się kończy. Gość, który stoi przy ladzie wychodzi przed sklep i zaczyna rozmowę z Piotrkiem. Jak uroczo.

W końcu mówi, że wie gdzie jest ta wypożyczalnia i żebyśmy jechali za nim 🙂

Po zdaniu samochodu wracamy do centrum taksówką. Zwiedzanie Maskatu zaczynamy od spaceru bulwarem wzdłuż nabrzeża, ciągnącym się od portu do pałacu sułtana. To dystans ok. 4,5 km, na spacer trzeba sobie zarezerwować trochę ponad godzinę. Bulwar jest odnowiony, z wygodnym szerokim chodnikiem, licznymi ławeczkami i sporą ilością zieleni. Wygląda naprawdę bardzo urokliwie. Trzeba jednak przyznać, że ponad godzinny spacer w pełnym słońcu przy temperaturze w cieniu 36°C. jest dość męczący.

DSC_0772

Wytchnienie znajdujemy w urokliwej kafejce, która mieści się na terenie Omańsko-Francuskiego Muzeum, jakieś sto metrów przed samym pałacem. W kawiarence pracuje przesympatyczny właściciel, z którym można miło pogadać na temat życia w Omanie i napić się pysznej kawy z kardamonem. Sekret kawy tkwi jak się okazuje w lokalnym specjale – wodzie różanej. To właśnie ten dodatek w połączeniu z kardamonem sprawia, ze kawa ma wyjątkowy aromat. Kawa okazała się tak dobra, że za cenę 3 OMR staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami kilograma kawy z kardamonem 🙂

DSC_0782

Warto także zajrzeć do samego muzeum, jest tam ciekawa ekspozycja prezentująca klasyczny omański dom, z tradycyjnie wyposażonymi pokojami. Można m.in. zobaczyć charakterystyczne imbryki do parzenia kawy.

Pełni sił po relaksacyjnej przerwie udajemy się pod bramę pałacu Sułtana Qaboos bin Said Al Said. Sułtan to bardzo ciekawa postać. Rządzi Omanem od 1970 roku kiedy w bezkrwawym przewrocie obalił rządy swojego ojca Sułtana Said bin Taimur’a. Postanowił otworzyć Oman na świat i przy użyciu zasobów ropy zainwestować w społeczeństwo Omanu, przede wszystkim w edukację i służbę zdrowia. Przyznał kobietom czynne i bierne prawo głosu w wyborach do Zgromadzenia Konsultacyjnego Omanu oraz przeniósł prawo wyborcze ze starszyzny plemiennej na każdego obywatela Omanu powyżej 21 roku życia. Niemniej jednak nie można zapominać, że Oman to nadal monarchia absolutna.

Pałac Sułtana Omanu

Pałac Sułtana Omanu

Samego pałacu Sułtana i okolicznego fortu nie można zwiedzać. Można natomiast robić zdjęcia, a kolumnada przed wejściem do pałacu oraz okoliczne ogrody robią wrażenie.

Plac przed pałacem Sułtana

Plac przed pałacem Sułtana

Do portu wracamy taksówką, koszt 2 OMR (po długich negocjacjach), choć trzeba uważać, bo taksówkarze w tym miejscu są szczególnie rozwydrzeni i za kurs potrafią krzyknąć nawet 10 OMR. Wynika to z faktu, że taksówkarze w tym miejscu koszą turystów, którzy do Maskatu przypłynęli statkiem wycieczkowym i nie znają lokalnych cen.

W tej części znajduje się także zadaszony souq. Oprócz przypraw i lokalnych staroci można tutaj kupić także tekstylia w tym szale lub nawet cały tradycyjny omański strój. Jak zawsze trzeba się targować.

Ja w lokalnym wdzianku

Ja w lokalnym wdzianku

Wielki meczet, plaża i powrót do domu

 Ostatni dzień na omańskiej ziemi postanawiamy spędzić dość rekreacyjnie, w końcu wieczorem mamy lot powrotny, dobrze byłoby nie być wyjątkowo zmęczonym po całym dniu biegania. Wybieramy się zatem do Wielkiego Meczetu. Al-Ghubrah & Ghala, powszechnie nazywana Grand Mosque to podarunek Sułtana Qaboos’a z okazji 30-lecia jego rządów. Imponujących rozmiarów z zewnątrz jest także podobno bogato zdobiona wewnątrz. W głównej sali modlitewnej znajduje się perski dywan o wymiarach 60×70 metrów, tkany przez 600 kobiet przez cztery lata. Pisze, że wnętrze jest podobno bogate, bo niestety nie było nam dane go zobaczyć. Planując odwiedzić meczet warto zerknąć do kalendarza, żeby nie okazało się, że chcemy się tam wybrać w piątek. Piątek to dla muzułmanów taka nasza niedziela, przy czym oni tego dnia innowierców do meczetów nie wpuszczają. Cóż, pozostało nam podziwianie architektury z zewnątrz.

Wielki Meczet

Wielki Meczet

Osoby wybierające się na zwiedzanie meczetu w inne dni tygodnia powinny pamiętać o założeniu długich spodni, zostawieniu obuwia przed wejściem, a kobiety o zakryciu głowy. Siadając w meczecie trzeba mieć podwinięte nogi pod siebie, tak aby spodem stopy nie wskazywać na inne osoby, taki gest jest uznawany za wyjątkowo obraźliwy.

Nasz kolejny punkt to plaża. W zasadzie to ciężko powiedzieć, na której dokładnie plaży byliśmy. Ponieważ przewodnik nie polecał żadnej szczególnej postanowiliśmy zdać się na gust taksówkarza i powiedzieliśmy, żeby jechał na dowolną plażę. Biorąc pod uwagę, że ruszaliśmy spod Wielkiego Meczetu, obstawiam, że pojechał w prostej linii na najbliższą plażę. Większość plaż w Maskacie ma charakter publiczny i ogólno dostępny. Tylko nieliczne przy drogich hotelach są zarezerwowane dla gości. Plaża sprawia wrażenie dość swobodnego, jak na arabskie standardy, miejsca. Można na niej spotkać kobiety w bikini kąpiące się zaraz obok kobiet w burkach. Na plaży były prysznice umożliwiające opłukanie się ze słonej wody.

DSC_0939

Jeszcze tylko wizyta w okolicznym parku Al Gubrah i możemy wracać do hotelu. Generalnie park pełen zieleni w tym pustynnym kraju to miła odmiana. Zadbane alejki, równo przystrzyżona trawa, idealne miejsce na chwilę relaksu. Z tej chwili relaksu korzystają także powszechnie mieszkańcy Maskatu, całymi rodzinami wybierając się do parku w piątkowe popołudnie. Mówiąc całymi rodzinami mam tutaj na myśli 20 osobowe, wielopokoleniowe grupki. Często spotykanym widokiem jest piknik, w dużym garnku ryż, w mniejszych miseczkach sosy i mięso.

Wracamy do hotelu na szybki prysznic i jedziemy na lotnisko. Przejazd z centrum to wydatek 5-8 OMR, w zależności od umiejętności negocjacyjnych.

Na lotnisku jeszcze jedna ciekawostka w wydaniu arabskim. Czekając w kolejce do kontroli celnej byliśmy świadkami takiej sytuacji: przy stanowisku kontroli paszportowej obok nas stanęła ośmioosobowa grupka, czterech facetów i cztery kobiety. Wszystkie kobiety ubrane były w burki wraz z nikabem, materiałową przesłoną na twarz. Jednak zawiedzie się ten kto myśli, że kontrola celna to świętość i do kontroli zawsze trzeba pokazać twarz. Nikt także nie idzie za żaden parawan ani nic w tym stylu. Do pana celnika podszedł jeden z członków owej grupy, położył na blacie komplet paszportów, pogadał z nim chwilę, po czym cała grupka poszła dalej… kontrola skończona…

Teraz już tylko godzinny lot do Dubaju, sześć godzin do Rygi i niespełna dwie godziny do Warszawy.

Generalnie Oman polecamy każdemu kto chciałby poczuć prawdziwy klimat arabskiego państwa bez natłoku turystów. Jest to bardzo bezpieczny kraj do podróżowania na własną rękę, a mieszkańcy są sympatyczni i pomocni. Oman to nie ten typ kraju gdzie przyjeżdża się zobaczyć coś konkretnego, taki „must see” przyciągający miliony turystów. Niemniej jednak jest to kraj, który ma wiele do zaoferowania: piękne plaże z białym piaskiem, góry Hajar ze szlakami, na których nie spotka się turystów, urokliwe Wadi, klasyczną piaszczystą pustynię z gigantycznymi wydmami (Wahiba Sands) oraz tradycyjną, lokalną społeczność, która petro-dolarów nie wydaje na kaprysy w stylu stoków narciarskich na pustyni, tylko inwestuje w edukację (nie mieliśmy problemów z dogadaniem się po angielsku) i infrastrukturę, dbając jednocześnie o tradycję.