Jordania

DSC_0637

Kraj: Jordania

Termin: 13.10.2011 – 20.10.2011

Przelot: Warszawa (WAW) – Ovda (VDA) – Warszawa (WAW)

PRZED PODRÓŻĄ:

Wiza:

Brak szczególnych wymagań. Obywatelom Polski wiza wydawana jest od ręki na przejściu granicznym po uiszczeniu opłaty w wysokości 20 JOD. Konieczne jest posiadanie paszportu ważnego przez przynajmniej pół roku. Wjeżdżając do Jordanii przez specjalną strefę ekonomiczną w Akabie otrzymamy wizę jordańską za darmo (pod warunkiem, że opuścimy Jordanię w ciągu jednego miesiąca korzystając z tego samego przejścia granicznego).

Podróżując przez Izrael, tzn. przekraczając granicę izraelsko – jordańską np. przejściem granicznym im. Icchaka Rabina (dawny terminal Arava, ok. 3 km na północ od Ejlatu, użytkowany głównie przez turystów) zapłacimy jednak opłatę wyjazdową w wysokości 100 ILS (ok. 90 PLN). Opłata wyjazdowa dotyczy także Jordanii, za opuszczenie kraju zapłaciliśmy 4,5 JOD.

Aktualizacja (26.01.2017):

Od 2016 roku rząd Jordanii zaczął kombinować z wizami. Pojawiła się w internecie informacja, że na przejściu Eilat/Aqaba wizy w ogóle nie są wydawane, następnie, że zwolnieni z obowiązku wizowego są jedynie pasażerowie przylatujący do Aqaby samolotem oraz, że za wizę trzeba zapłacić nawet 60 JOD i ta kwota jest zwracana jeżeli nocowało się w Jordanii przynajmniej 2 noce. Wygląda na to, że Jordańczycy starają się walczyć z jednodniowymi wycieczkami z Izraela do Petry m.in. przez komplikację przepisów wjazdowych. Najświeższa informacja (z grudnia 2016) dzięki uprzejmości koleżanki Anity jest taka, że opłata wizowa na przejściu Eilat/Aqaba nie była pobierana w ogóle, opłata wyjazdowa również nie. Więcej informacji z wyjazdu Anity tutaj.

Warto jednak zawsze przed samym wyjazdem sprawdzić aktualną politykę wjazdową.

Na przejściu granicznym należy nastawić się na dość drobiazgową kontrolę zarówno po stronie izraelskiej jak i jordańskiej. Należy pamiętać, że przejście otwarte jest do godziny 20:00. W 2011 roku nie docierał tu żaden transport publiczny, jednak według informacji na stronie http://www.fzp.net.pl co godzinę kursuje autobus z Ejlatu (nr 16). Z łatwością można dojechać tu prywatnymi środkami transportu. Po stronie jordańskiej również nie było żadnego transportu publicznego, czekały za to taksówki. Dojazd od granicy do zarezerwowanego przez nas hotelu w Akabie kosztował bagatela 25 euro.

Szczepienia: zalecane: WZW A i B, dur brzuszny, tężec.

Waluta: dinar jordański [JOD], 1 JOD = ok. 4,47 PLN. Lokalną walutę można wygodnie wypłacać w powszechnie dostępnych bankomatach.

Noclegi:

  • Bedouin Moon Village (Akaba) – klimatyczny hotelik, blisko plaży z przepiękną rafą koralową.
  • Valentine Inn (Wadi Musa – Petra) – klasyczny, backpackerski hostel, bardzo pomocni właściciele (odbiorą i zawiozą na dworzec autobusowy lub do Petry), przepyszna kuchnia (obowiązkowo trzeba zamówić kolację – szwedzki stół z lokalnymi specjałami).
  • Torwadah Hotel (Amman) – bardzo proste wyposażenie, lokalizacja w centrum (blisko amfiteatru), przesympatyczny, choć słabo mówiący po angielsku właściciel.

Sezon: Nad Morzem Czerwonym w zasadzie cały rok, nawet zimą temperatury oscylują wokół 25 °C. W północnej części kraju jest trochę chłodniej, w Ammanie podobno zdarza się nawet, że zimą pada śnieg. W październiku temperatury wynosiły między 30 a 35 °C.

Różnica czasu: UTC/GMT +2 godz. (czas letni dodatkowo + 1 godz.). Ważne: podróżując przez Izrael, tzn. przekraczając granicę izraelsko – jordańską, należy pamiętać, że gdy w Izraelu jest np. 20 to w Jordanii już 21. Także natychmiast po przejściu na stronę jordańską należy przestawić czas.

Nasz przewodnik: “Jordania przewodnik ilustrowany” Berlitz wydanie II 2010

Trasa na miejscu:

Lotnisko Ovda – Akaba – Wadi Rum – Petra – Amman – Morze Martwe – Jerash – Amman – Akaba – Ejlat – Lotnisko Ovda

Jordan mapPrzemieszczanie się na miejscu:

Pomysł na wybranie się do Jordanii podsunął nam portal tuitam.pl, który poza standardowymi wycieczkami, oferuje również same przeloty czarterowe, także w opcji last minute. Na portalu tym znaleźliśmy tanie przeloty do miejscowości Ovda w Izraelu. Z Ovdy do położonego nad Morzem Czerwonym, turystycznego Ejlatu jest ok. 70 km. Z Ejlatu natomiast, przejściem granicznym im. Icchaka Rabina można dość łatwo przedostać się do Jordanii, do nadmorskiej miejscowości Akaba. Brzmi prosto. Jednak cała operacja nieco się skomplikowała (głównie ze względu na późniejszy niż planowo przylot na miejsce). Po przylocie do Ovdy (pod wieczór) okazało się, że autobus kursujący między lotniskiem a Ejlatem to mit i legenda. Ale ponieważ do Ovdy przylatują wyłącznie czartery z turystami udającymi się na all inclusive, na tychże turystów czekają autokary z biur podróży. To była nasza szansa. Za bagatela 20 euro od osoby autokar jednego z biur dowiózł nas w pobliże przejścia granicznego. Umówiliśmy się również z obecną w autokarze rezydentką, że za tydzień tenże autokar odwiezie nas w drugą stronę. Rezydentka zamówiła nam też taksówkę, która podwiozła nas te 2 km do przejścia granicznego. Niby 2 km, ale w ciemności i po wertepach… niekoniecznie. Jak już wcześniej wspomnieliśmy, w 2011 nie było żadnego autobusu dojeżdżającego do przejścia granicznego, samo przejście natomiast czynne jest tylko do 20. Po stronie jordańskiej również nie było żadnej komunikacji publicznej, ale za to stało wiele taksówek. Nie mieliśmy innego wyjścia. Taksówka, która w sumie przewiozła nas ok. 10 km do naszego hotelu na obrzeżach Akaby, kosztowała 25 euro, przy czym kierowca był bardzo niezadowolony, że wręczamy mu euro a nie lokalną walutę.

W Jordanii dość łatwo i niedrogo można przemieszczać się busami i autokarami. Na szczególną pochwałę zasługują autokary firmy Jett (http://www.jett.com.jo/) – są klimatyzowane, jeżdżą zgodnie z rozkładem, zatrzymują się na wyznaczonych przystankach a na pokładzie serwowane są przekąski oraz kawa i herbata. Trasę z Ammanu do Akaby autokar pokonuje w 4,5 godz. za 7,5 JOD. Natomiast busy zatrzymują się na każde machnięcie ręką (co znacząco wydłuża podróż), korzystają z naturalnej klimatyzacji (otwarte okna), ale jak się zagada z kierowcą to jest szansa, że podwiozą pod sam hotel. Inną opcją są oczywiście taksówki, ale cenę należy ustalić przed odjazdem.

Wynajem samochodu polecamy tylko prawdziwym entuzjastom prowadzenia w warunkach mocno odbiegających od europejskich. My zdecydowaliśmy się na wynajęcie samochodu w Ammanie, gdzie pierwszym wyzwaniem okazało się znalezienie punktu wynajmu. Mapy Google były zupełnie nieprzydatne i w rezultacie straciliśmy prawie godzinę błądząc w niewłaściwej dzielnicy w poszukiwaniu wypożyczalni. Gdy w końcu taksówkarz dowiózł nas na miejsce uznaliśmy, że dla własnego bezpieczeństwa lepiej będzie wziąć samochód z GPSem. Odebranie samochodu i wyjechanie z Ammanu zajęło trochę czasu. W rezultacie nad Morze Martwe dojechaliśmy po godz. 15.00, zdecydowanie później niż planowaliśmy. Trzeba też podkreślić, że prowadzenie samochodu w Ammanie oznacza stawienie czoła ogromnemu chaosowi na drogach (np. na trzypasmowej drodze w mieście obok siebie jedzie pięć samochodów) i nie sprawia żadnej przyjemności (choć już trasa nad samo Morze Martwe jest bardzo malownicza). Finalnie wynajem samochodu kosztował nas 46 JOD plus paliwo (wówczas ok. 3,20 PLN za litr). Jesteśmy pewni, że private car lub taksówka kosztowałaby mniej, nawet uwzględniając oczekiwanie kierowcy na miejscu, a nad Morze Martwe dotarlibyśmy zdecydowanie wcześniej.

Akaba

Akaba to jedyny w Jordanii port morski (Jordania posiada zaledwie 27 km linii brzegowej Morza Czerwonego). Jest to specjalna strefa wolnocłowa, produkuje się tu nawozy fosforowe. Ale Akaba to przede wszystkim miejscowość turystyczna słynąca z ładnej plaży oraz pięknej rafy koralowej. Po drugiej stronie zatoki widać Izrael i Egipt. Siedząc na plaży w Akabie na telefonach komórkowych wyświetlą nam się operatorzy aż 4 państw (oprócz sieci jordańskich zobaczymy także sieci izraelskie, egipskie oraz sieci z Arabii Saudyjskiej). Miasto ma dobrą bazę hotelową, są tu zarówno hotele luksusowe jak i małe i niedrogie hostele dla backpackersów. Akaba przyciąga turystów złaknionych plażowania i plażowych imprez oraz miłośników nurkowania i sportów wodnych.

Plaża w Akabie, głównie piaszczysta, ale jest też trochę kamieni

Plaża w Akabie, głównie piaszczysta, ale jest też trochę kamieni

W Akabie odbywają się różne festiwale (podobno bardzo słynny festiwal muzyki elektronicznej) i wydarzenia, miasto żyje, widać tu liczne inwestycje, rozwój. Obok drogich restauracji “dla turystów” znajdziemy tu też sporo lokalnych knajpek serwujących kofty, falafele, humus oraz oczywiście słodką baklawę w tysiącu odmian. Kawosze zachwycą się wyśmienitą arabską kawą np. z kardamonem lub wodą różaną. Suchy kontynentalno-tropikalny klimat, tj. gorące i wietrzne lato (temperatura powyżej 30 °C) oraz ciepła zima (ok. 20 °C) sprawiają, że Akaba jest chętnie odwiedzana przez cały rok, również przez Jordańczyków (głównie w okresie świąt narodowych). To dobre miejsce do leniwego spędzania czasu. I to właśnie robimy. Pierwszy dzień w Jordanii spędzamy na plażowaniu i nurkowaniu z fajką (sprzęt wypożyczyliśmy w hotelu), a popołudnie i wieczór na spacerze po mieście, zajadaniu baklawy i sprawdzaniu, co oferuje Akaba by night.

Pustynia Wadi Rum

Ok. 60 km na wschód od Akaby znajduje się jeden z najpopularniejszych regionów turystycznych Jordanii – Wadi Rum, pustynia Beduinów, obszar chroniony, największe wadi (sucha dolina na obszarze pustynnym wypełniająca się wodą w czasie pory deszczowej) w Jordanii. W 2011 roku region ten trafił na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Wadi Rum zamieszkują Beduini. Większość z nich osiedliła się w niewielkiej wiosce położonej na obrzeżach Wadi Rum i prowadzi “biura podróży” oferujące różnorodne, najczęściej jednodniowe, wycieczki na pustynię. Rzecz oczywista turystów nie puszcza się po pustyni samopas. My wybieramy firmę Jordan Tracks (http://www.jordantracks.com), gdzie decydujemy się na pakiet “Sand & Rock”. Większość wycieczek rozpoczyna się o godzinie 10 rano, także do Wadi Rum należy dotrzeć z rana, najpóźniej na 9:30, a nawet wcześniej jeżeli wcześniej nie wybraliśmy żadnej wycieczki. Dojazd taksówką z Akaby (ok. 20 JOD) zajmuje ok. godziny. Transportu publicznego nie udało nam się namierzyć, ale szczerze mówiąc nie wysilaliśmy się specjalnie w tych poszukiwaniach.

Pustynia Wadi Rum

Pustynia Wadi Rum

Wycieczki odbywają się w grupach, maksymalnie po 6 osób. Obejmują “zwiedzanie” pustyni – przejażdżkę, podczas której oglądamy różne formacje skalne, nabatejskie inskrypcje Khazali oraz An Fashiyeh, czerwone wydmy, skalne mosty Um Fruth i Burdah, kanion Barragh oraz dom Lawrence’a z Arabii. Można również odbyć przejażdżkę na grzbiecie wielbłąda. Ogólnie po pustyni poruszamy się dość wysłużonymi dżipami, oczywiście z przewodnikiem (naszym przewodnikiem i kierowcą jest młodzieniec, na oko szesnastoletni, dobrze mówiący po angielsku). Na życzenie przewodnik zatrzymuje się praktycznie w każdym miejscu. Nasz przewodnik dał się również namówić na oddanie nam kierownicy, co skończyło się zakopaniem samochodu w piasku. Ale ten dzielny młodzieniec poradził sobie nawet z takim problemem. Przez cały dzień mamy zapewnione jedzenie i wodę, wieczorem ciepłą kolację a rano śniadanie. Decydujemy się również na wspinaczkę do kamiennego mostu (dość męcząca, w pełnym słońcu), z którego dsokonale widać surowe, ostre skały pustyni, spacer przez zacieniony kanion, obejrzenie z bliska domu Lawrence’a z Arabii oraz podejście po czerwonych wydmach. Przed udaniem się na kolację i spoczynek w śmiesznych, obciągniętych materiałem domkach, wspinamy się jeszcze na jedną górę aby podziwiać spektakularny zachód słońca.

Miejscami podejście jest dość wymagające...

Miejscami podejście jest dość wymagające…

DSC_0261

Pustynny zachód słońca

Na kampingu rzędem stoją nasze domki, jest też kuchnia polowa i łazienka. W domkach znajdują się wyłącznie “legowiska” z wygodnymi poduszkami i ciepłymi kocami, ponieważ noce na pustyni są bardzo chłodne. W obozie jest również generator prądu, ale nie dostarcza go do samych domków, więc dobrze jest zabrać ze sobą latarkę. W łazience są prysznice, ale hmm jesteśmy przecież na pustyni… marne ciśnienie wody i brak oświetlenia nie sprzyjają długim kąpielom 😉 Po zachodzie słońca Beduini rozpalają ognisko, szykują kolację a potem nawet trochę śpiewają. Wieczorem na pustyni warto zobaczyć jeszcze jedną niesamowitość – wschód księżyca. W ciemnościach pustyni wschodzący księżyc świeci równie jasno, co słońce.

Pobudka następuje wcześnie rano. Potem śniadanie i powrót do wioski. Zbieramy się szybko, gdyż zależy nam na złapaniu autobusu o 8:30, który zwiezie nas do Wadi Musa, miejscowości znajdującej się najbliżej Petry, naszego kolejnego celu.

Petra

Petra to chyba najcenniejszy skarb Jordanii i jej największa atrakcja turystyczna. W 2007 roku została ogłoszona drugim z siedmiu nowych cudów świata, ale na listę światowego dziedzictwa UNESCO trafiła już w 1985 roku. To ogromne, starożytne miasto wykute w czerwonej skale przez Nabatejczyków ok. VI w. p.n.e. było ważnym węzłem komunikacyjnym i handlowym regionu, ponieważ leżało na skrzyżowaniu szlaków handlowych łączących Chiny, Indie i południową Arabię z Egiptem, Syrią, Grecją i Rzymem. I chociaż miasto zostało opuszczone ok. VIII w. n.e. po serii trzęsień ziemi, wszystko wydaje się tu zaskakująco świeże. Krzyżują się tu różne style architektoniczne – egipski, syryjski, grecki i rzymski, do tego należy dodać rozwiązania lokalne, głównie jeśli chodzi o zdobnictwo. W efekcie Nabatejczycy wypracowali własny, oryginalny styl. Oszałamia i zachwyca wspaniałość i kolorowe piękno grobowców, świątyń, teatrów oraz innych budowli zachowanych w tym niezwykłym miejscu. W 1812 roku szwajcarski podróżnik i orientalista Johann Ludwig Burckhardt, w trakcie swej podróży do źródeł Nigru, dotarł na tereny dzisiejszej Jordanii. Od miejscowych usłyszał o ruinach w wąskiej dolinie, w pobliżu grobowca Aarona, brata Mojżesza. Pod pozorem złożenia ofiary na Górze Aarona, udał się obejrzeć owe ruiny. Był przekonany, że oto ogląda starożytną Petrę. Późniejsze badania potwierdziły, że miał rację. W ten właśnie sposób Petra została ponownie “odkryta”.

Oczywiście historie Petry i pana Burckhardta są o wiele dłuższe i bardziej szczegółowe, ale już najwyższy czas przejść do kwestii praktycznych.

Na zwiedzanie Petry najlepiej poświęcić tak ok. 3 do 4 dni, a jak się da to i cały tydzień. Aby zobaczyć te najbardziej znane zabytki wystarczy jeden pełny dzień intensywnego zwiedzania. Najlepiej zanocować w Wadi Musie – jeśli macie potwierdzony nocleg w Jordanii bilet jest tańszy – kosztuje wtedy odpowiednio: 50 JOD bilet jednodniowy, 55 JOD bilet dwudniowy i 60 JOD bilet na trzy dni. Jeśli przyjeżdżacie z Izraela lub Egiptu zwiedzić Petrę i nie nocujecie w Jordanii bilet będzie kosztował 90 JOD (tzw. Day Visitor to Jordan). Dobrym sposobem na potwierdzenie pobytu w Jordanii jest okazanie paszportu, ale wyłącznie na żądanie pana w okienku. Nie ma się co wyrywać. Dla porównania, Jordańczycy (a także rezydenci i studenci jordańscy) płacą za wejście 1 JOD. Uroczo…

Do samej Petry dowozi nas busik z naszego hostelu. Nabywamy bilet jednodniowy i już po 11 rozpoczynamy zwiedzanie tego niezwykłego zabytku. Na samym wejściu natkniemy się na konnych “taksówkarzy”. O ile nie jesteście ledwo poruszającym się staruszkiem o lasce darujcie tym biednym zwierzętom i idźcie piechotą. Droga od wejścia do Skarbca, pierwszej imponującej budowli, to niecałe dwa kilometry kolorowym wąwozem w otoczeniu 80-metrowych ścian, zwanym Siq. To naprawdę bardzo przyjemny spacer, w dużej części w cieniu, można podziwiać wielokolorowe ściany i pozostałości różnych rzeźb. Przez wąskie wyjście na końcu wąwozu widać majestatyczny Al-Khazneh, czyli Skarbiec, najsłynniejszy zabytek Petry. Legenda głosi, że w urnie na szczycie fasady ukryto skarb faraona.

Majestatyczny skarbiec

Majestatyczny skarbiec

Na placu przed Skarbcem odpoczywają wielbłądy, które można oczywiście wynająć. Nieco dalej można sobie wynająć osiołka. Jest tu też pełno straganów, na których można nabyć pełną gamę turystycznego szmelcu w postaci wisiorków, korali, dzbanuszków, miseczek, buteleczek z kolorowym piaskiem i innych niezwykle przydatnych rzeczy. Ceny dość wygórowane, należy się targować. Stragany ciągną się wzdłuż wewnętrznego siku prowadzącego do teatru w stylu rzymskim i ulicy Fasad, czyli skupiska 44 grobowców. Za teatrem, po odbudowanych schodach można wejść do środka grobowców królewskich (zdecydowanie trzeba). Dalej promenadą docieramy na Rynek i do Wielkiej Świątyni (jednej z niewielu wolno stojących budowli w Petrze). W obrębie tego najważniejszego okręgu świątynnego w Petrze znajdziemy jeszcze łaźnie, inne świątynie i kościoły, grobowce, miejsca składania ofiar oraz całkiem nowoczesnego muzeum. Na górze króluje słynny Klasztor (Ad-Deir), do którego prowadzi 800 wykutych w skale schodów. Podejście warto zaplanować na popołudnie, gdyż wtedy większość trasy pozostaje w cieniu. Droga na górę powinna zająć ok. 40 minut, chyba że wynajmiecie osiołka, który zaniesie was na górę. Dzieci oferujące wjazd na górę na plecach osiołka są dość natrętne w nagabywaniu na swoje (w zasadzie osiłka) usługi i wydają się być wyjątkowo zaskoczone faktem, że ktoś chce tam wejść o własnych siłach. Najwyraźniej jordańskie wyobrażenie europejczyka to leniwy, pozbawiony kondycji grubas 🙂 Prawda jest taka, że schody są dość łagodne i o ile ktoś nie jest inwalidą to pokona ten dystans bez najmniejszego problemu.

Klasztor

Klasztor

W drodze na górę napotkamy przycupniętych sprzedawców wszelakiej biżuterii a także dzieci, które dość natrętnie nam się przyglądają. Klasztor jest drugim najbardziej rozpoznawalnym budynkiem Petry. Na górze znajduje się również kawiarnia w stylu beduińskim. Warto pójść kawałek dalej i wyżej (nas skusiła ogromna tablica z napisem “VIEW”) – można spojrzeć z góry na Klasztor i podziwiać jordańską, górzystą pustynię.

Morze Martwe

Plan był prosty, o ósmej z minutami rano łapiemy busa do Ammanu, w trzy godziny dojeżdżamy na miejsce, szybko się kwaterujemy w hotelu i bierzemy samochód z pobliskiej wypożyczalni aby pojechać nad Morze Martwe. Tyle teoria. W praktyce wyszło trochę gorzej. Bus rzeczywiście był kilka minut po ósmej i rzeczywiście dojechał do Ammanu w trzy godziny, ale… Amman to całkiem spore miasto i dojechanie do hotelu trochę nam zajęło. Kierowca busa był na tyle miły, że spytał się, w którym hotelu się zatrzymujemy, ale jak mu pokazaliśmy potwierdzenie to stwierdził, że mu nie po drodze. Zatrzymał busa na środku jakiegoś wielkiego i zatłoczonego ronda, wysadził nas i zaczął łapać taksówkę. Na tą nie trzeba długo czekać. Taksówkarz powiedział, że wie gdzie ma jechać i zapakował nasze torby a kierowca busa rzucił na odchodne, że wszystkie taksówki w Ammanie biorą 2-3 JOD za kurs, i żebyśmy nie dali sobie wcisnąć, że trzeba płacić więcej. Miło z jego strony.

Nasze obawy co do tego, czy taksówkarz wie gdzie nas zawieźć powinien wzbudzić już fakt, że od miejsca, z którego nas zabrał przejechał raptem 20 m. zatrzymał się i poprosił o potwierdzenie rezerwacji hotelu. W skupieniu analizował treść dokumentu, po czym wyciągnął telefon i zaczął dzwonić po znajomych i wypytywać (jak mniemam) gdzie ten hotel jest. Nagle, nie kończąc rozmowy, ruszył z impetem i zaczął radośnie krzyczeć do słuchawki.  Uznaliśmy, że w końcu znalazł się ktoś kto wiedział! Tak przynajmniej nam się wydawało…

Czas płynął, za oknem taksówki powoli przesuwał się krajobraz arabskiej metropolii, w radiu grały lokalne przeboje a pan taksówkarz wypytywał nas łamanym angielskim co też nas zagnało do tej Jordanii. Z czasem ruch samochodów i wszelkiej maści innych pojazdów zaczął gęstnieć co nieuchronnie znaczyło, że zbliżamy się do centrum. Gdy utknęliśmy w korku zegarek pokazywał 12:00. Gdy ok. 12:30 trzeci raz przejeżdżaliśmy przez to samo skrzyżowanie zaczęliśmy podejrzewać, że kierowca chyba jednak nie wie gdzie jest nasz hotel. Sam kierowca też chyba nie był zachwycony tą sytuacja, bo przestał z nami konwersować, a zaczął nerwowo rozglądać się po okolicy. Minuty płynęły, gdy nagle olśniło nas, że na potwierdzeniu rezerwacji jest telefon do hotelu, więc może właściciel miałby dla nas (kierowcy) jakieś cenne wskazówki. Po krótkiej rozmowie przez telefon, taksówka zatrzymała się w małej, bocznej uliczce (dotychczas przejechaliśmy nią tylko dwa razy), a kierowca zawisł ponownie na telefonie. Po kolejnych kilku minutach przy samochodzie pojawił się mocno gestykulujący właściciel hotelu. Opieprzył taksówkarza, nam łamanym angielskim zaczął tłumaczyć, że taksówkarz jest głupi, po czym znów po arabsku posłał kierowcy jeszcze kilka ciepłych słów na odchodne, tak przynajmniej nam się wydaje. W tym miejscu warto jeszcze zrobić małą dygresję na temat samego taksówkarza. Otóż gdy wręczyliśmy mu 3 JOD za kurs zaczął się wykłócać o więcej, bo przecież tak długo jeździliśmy. Na uwagę, że jeździliśmy tak długo bo nie znał drogi do hotelu taksówkarz pozostał obojętny… Konkluzja – nigdy nie wsiadaj do taksówki do póki nie uzgodnisz ceny, chyba, że ma taksometr (chociaż ten ostatni też nigdy nie daje gwarancji).

W ten oto sposób na poszukiwanie punktu wynajmu samochodów wyruszyliśmy dopiero o 13:15. Zgodnie z pierwotnym planem o tej godzinie mieliśmy być już nad Morzem Martwym. Wujek Google i jego wydrukowana mapa powiedzieli nam, że punkt wynajmu jest ok. 10 – 15 min spaceru od naszego hotelu… Po 40 min. błądzenia stwierdziliśmy, że bierzemy taksówkę. Punkt wynajmu okazał się być w innej dzielnicy, jakieś 20 min. jazdy od miejsca gdzie błądziliśmy. Damn you mapo Google!

Wynajmując samochód zdecydowaliśmy się na GPS, profilaktycznie poprosiliśmy pana od wynajmu aby ustawił w nawigacji punkt wynajmu jako jedna z “ulubionych” lokalizacji, tak żebyśmy wiedzieli jak tu wrócić 🙂

Jazda po Ammanie daleko odbiega od standardów europejskich. Linie na jezdni są mocno wytarte, ale nawet tam gdzie je widać nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. W rezultacie na 3 pasmowej jezdni mieści się 5 samochodów i jeszcze skuter. Skutery mają tą właściwość, że mieszczą się absolutnie wszędzie. Dodatkowo panuje powszechne przekonanie, że kierunkowskazy są dla mięczaków. Na drodze panuje stara dobra zasada – większy ma pierwszeństwo. Inne popularne zasady: nie używasz klaksonu znaczy nie jedziesz. A jak już jedziesz to trzymaj się jak najbliżej pojazdu przed tobą. Jako że nasz wynajmowany samochód to Kia Piccanto automatycznie staliśmy się najmniej ważnymi uczestnikami ruchu zaraz po pieszych i skuterach…

Choć drogowskazy są zarówno po arabsku jak i po angielsku to nawigacja do prostych nie należy. Wynika to prawdopodobnie z różnych form transkrypcji arabskiego. Ta sama miejscowość po arabsku może mieć kilka form zapisu po angielsku lub jeszcze ciekawiej różne arabskie miejscowości o podobnych nazwach mogą mieć tą sama formę zapisu po angielsku… Dobrze, że wzięliśmy ten GPS. Dobrze też, że przynajmniej znaki drogowe w kierunku Dead Sea były dość powszechne. Jak już wyjedzie się z miasta to jazda jest całkiem przyjemna, odbywa sie po dwupasmowej trasie z całkiem przyzwoitą nawierzchnią. Jedzie się cały czas z górki i to nie małej. Amman znajduje się na wysokości ok. 850 m n.p.m. podczas gdy lustro Morza Martwego znajduje się w najniższym punkcie Ziemi tj. 418 m p.p.m. Różnica wysokości do pokonania to ponad 1,2 km na dystansie zaledwie 55 km. W efekcie prawie w ogóle nie wciska się gazu, a raczej trzeba dość często hamować, bo samochód łatwo nabiera prędkości. Na miejsce dotarliśmy ok. 15:30, zdecydowanie później niż planowaliśmy.

Morze Martwe

Morze Martwe

Morze Martwe posiada tylko jeden dopływ – rzekę Jordan. Ponieważ leży w najniższym miejscu na Ziemi to woda z niego nie odpływa. Dodatkowo zbiornik silnie paruje, przez co poziom wody stale się obniża, skutkując przy okazji wytrącaniem się soli. Jest to jeden z najbardziej zasolonych akwenów na Ziemi. Średnie zasolenie wynosi 28% (na powierzchni ok. 22% a na głębokości 50 m. ok. 36%). W tych warunkach żaden organizm nie jest w stanie żyć – stąd nazwa Morze Martwe. Zbiornik służy zarówno Izraelowi jak i Jordanii do pozyskiwania soli mineralnych w milionach ton rocznie. Co ciekawe zbiornik jest także źródłem asfaltu, który w grudach wypływa na powierzchnię. Wykorzystywane są także właściwości lecznicze wód i osadów błotnych. Terapia błotna zalecana jest m. in. osobom ze schorzeniami skóry i stawów. Właściwości lecznicze ma także cały region. W tym najniżej położonym miejscu na Ziemi zawartość tlenu w powietrzu jest o 10% wyższa niż nad Morzem Śródziemnym, ciśnienie atmosferyczne dochodzi do 800 mm Hg, a powietrze jest bogate w bromki. Takie sanatorium pod gołym niebem.

Morze Martwe

Morze Martwe

W okolicy Morza Martwego jest kilka uzdrowisk i kilka wydzielonych, dostępnych publicznie plaż. Oczywiście nic nie jest za darmo, wejściówka na wydzieloną plażę kosztuje horrendalne 10 JOD dla obcokrajowców i 3,5 JOD dla Jordańczyków. Większość linii brzegowej jest niedostępna. Mimo cen, warto jednak skorzystać z wydzielonej plaży, głównie ze względu na prysznice. Przy tym stopniu zasolenia po wyjściu z wody każdy będzie miał ochotę na prysznic w normalnej wodzie. Na plaży są też wskazówki jak korzystać z Morza Martwego, aby nie skończyło się to dla nas nieprzyjemnościami. Przede wszystkim należy nie zanurzać głowy, w ogóle lepiej trzymać oczy i usta z dala od tej wody. Osoby ze świeżymi skaleczeniami, zadrapaniami (np. o rafę koralową w Morzu Czerwonym) raczej nie będą zachwycone kąpielą w Morzu Martwym. Z tego powodu przewodniki sugerują odwiedzanie najpierw Morza Martwego, a dopiero później Morza Czerwonego. Dodatkowo wskazówka dla pań, jeżeli planujecie ogolić nogi to nie róbcie tego w dniu wycieczki nad Morze Martwe…

Jak się przestrzega powyższych reguł sama kąpiel to już czysta przyjemność. Woda ma taką wyporność, że nawet osoby nie potrafiące pływać nie powinny się przejmować, bez problemu utrzymają się na powierzchni. Leżąc, siedząc czy nawet stojąc, zawsze zostaniemy wypchnięci na powierzchnię. Dobrze jest zabrać jakieś dmuchane coś pod głowę, obłożyć się leczniczym błotem i w rozleniwieniu unosić na powierzchni, uważając jednak, żeby przez przypadek nie dodryfować do Izraela.

Zregenerowani kąpielą postanawiamy przed powrotem do Ammanu udać się jeszcze na pobliską górę Nebo, z której rozpościera się piękna panorama całej okolicy. To właśnie ze szczytu góry Nebo biblijny Mojżesz miał ujrzeć Ziemię Obiecaną, do której nie dane mu było dotrzeć. Obecnie na szczycie znajduje się Mauzoleum Mojżesza, niestety ze względu na późna godzinę nie udało nam się do niego wejść. Góra ma wysokość 835 m n.p.m., a wjazd jest bardzo stromy i kręty.

Ponieważ w międzyczasie zaszło już słońce nie pozostaje nam nic innego jak wrócić do Ammanu. Poza chwilowym zawieszeniem się GPSu na szczęście obyło się bez przygód.

Jerash

Kolejny punkt naszej wycieczki to położone ok. 50 km. na północ od Ammanu ruiny starożytnego miasta Jerash. Dojazd jest relatywnie prosty i tani. Najpierw trzeba dostać się na dworzec Tarbabour. Tutaj mała wskazówka, warto poprosić aby ktoś w waszym hotelu napisał nazwę tego dworca po arabsku na jakiejś kartce, oszczędzi to wam prób wyjaśnienia taksówkarzowi, gdzie chcecie pojechać, bo większości fonetyczny zapis nic nie mówi. Z tego dworca regularnie odjeżdżają busy i autokary do Jerash, gdy tylko uzbiera się wystarczająca ilość pasażerów (w praktyce zapełnienie busika trwało ok. 25 min.). Jedzie się ok. 40 min. a koszt to 1 JOD. Wejściówka to koszt 8 JOD.

Grecko-rzymskie miasto Gereza zostało założone najprawdopodobniej w II w. p.n.e. przez Aleksandra Wielkiego. Istniało przez ponad 1000 lat przechodząc kolejno przez okres hellenistyczny, rzymski, bizantyjski i wczesno-islamski (umajjadzki i abbasydzki) w okresie od II w. p.n.e. do IX w. Okres największej świetności miasto przeżywało w II wieku gdy Pax Romana umożliwiał handel na skalę zarówno lokalną jak i międzynarodową. Gereza była ważnym punktem na szlaku przypraw z półwyspu arabskiego do Syrii i regionu Morza Śródziemnego. Jerash było odwiedzane w latach 129-130 przez cesarza Hadriana, na którego cześć wybudowano imponujący łuk triumfalny. Łuk znajduje się ok. 450 m. przed murami miasta obok hipodromu, na którym planowane jest odtworzenie rzymskich wyścigów rydwanów. Miasto zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi w 749 roku. Ruiny zostały odkryte w 1806 roku przez niemieckiego naukowca Ulricha Seetzena, który zapoczątkował wykopaliska.

Łuk Hadriana

Łuk Hadriana

Zaraz za monumentalną bramą południową wychodzi się na owalne forum z kolumnadą. Asymetryczny, owalny kształt forum o wymiarach 90×80 m. jest niezwykły w tym klasycznym mieście. Nie jest to jednak błąd architektoniczny lecz sprytna forma połączenia dwóch, nieprostopadłych osi – Cardo i świątyni Zeusa. W ten sposób oś świątyni Zeusa na linii wschód-zachód została dopasowana do osi Cardo i pozostałej części miasta na linii północ-południe. Ponad placem góruje wybudowana w I w. świątynia Zeusa.

Forum Jerash

Forum Jerash

W pobliżu świątyni umiejscowiony jest Teatr Południowy. Powstały w II w. może pomieścić nawet 3000 osób. Akustyka w tym miejscu nadal jest zdumiewająca, nawet w ostatnich rzędach bez problemu słychać co mówi osoba na scenie i to spokojnym głosem. Mieliśmy okazję przetestować to osobiście. Dodatkowym urozmaiceniem był pan, który co kilka minut grał na dudach… Oryginalne wrażenie w tym otoczeniu.

Z owalnego forum wychodzi się na Cardo – główną oś starożytnej Gerazy. Brukowana ulica o szerokości 12 m. i długości 800 m. jest miejscem gdzie zlokalizowane były najważniejsze budowle miasta tj. targowiska, świątynie, fontanny i inne gmachy. Odbijając na zachód znajdziemy się przy teatrze północnym. Służył nie tylko artystom do występów ale także radzie miejskiej do obrad.

Teatr północny

Teatr północny

Nasz spacer po ruinach starożytnej Gerazy kończymy przy imponującej bramie północnej.

Choć dojazd do Jerash był prosty, tani i przyjemny to powrót do Ammanu już nie koniecznie… Na spacerze po ruinach minęła nam większość dnia, później szybki lunch i ok. 17 zaczynamy zbierać się do powrotu do Ammanu. Niespodzianka, ostatni bus do Ammanu już pojechał… Pozostał nam private car, ale tutaj negocjacja ceny jest dość trudna, w końcu kierowcy dobrze wiedzą, że nie mamy alternatywy w postaci busa. Ostatecznie przejazd do dworca Tarbabour wyniósł 8 JOD. Oszczędności udało się natomiast poczynić na dojeździe z dworca do hotelu (a przynajmniej w jego okolice). Skorzystaliśmy z oferty shared taxi czyli taksówki współdzielonej z innymi pasażerami. Taksówka odjeżdża kiedy się zapełni a kierowca jedzie tak, żeby każdego dowieźć na miejsce. Koszt przejazdu 0,36 JOD od osoby (1,60 PLN od osoby za przejazd połowy miasta taksówką!). To jak dotąd najtańszy kurs taksówką 🙂

Amman, powrót do Akaby

Amman nie zrobił na nas najlepszego wrażenia. Miasto jest brudne, wiecznie zakorkowane a mała ilość chodników nie sprzyja pieszym wędrówkom. Postanawiamy zwiedzanie ograniczyć się do ruin starożytnego Teatru Rzymskiego, który akurat jest blisko naszego hotelu. Wejściówka to wydatek 1 JOD. Amfiteatr jest imponujących rozmiarów, może pomieścić ok. 6000 widzów. Po prawej stronie dużego amfiteatru znajduje się rzymski odeon. Wybudowany w II w. został zrekonstruowany w 1997 roku.

Ponieważ nasz autobus do Akaby odjeżdża o 12:00 kończymy zwiedzanie Ammanu i udajemy się na dworzec. Taksówkarz po drodze pyta nas czy do Akaby jedziemy busem Jett i słysząc potwierdzenie postanawia zawieźć nas nie na dworzec tylko pod biuro Jett, z którego też odjeżdżają ich autobusy. Na miejscu niespodzianka, okazuje się, że odjazd był o 11:30 a następny jest o 14 z minutami. Pewnie rozkład, którym dysponowaliśmy dotyczył jednak dworca. Mamy 2 godziny wolnego czasu.

W pobliżu znajduje się meczet Króla Abdullaha. To jedyny meczet w Ammanie, do którego bez problemów mogą wejść nie-muzułmanie.  Trzeba oczywiście pamiętać aby nie wybrać się na zwiedzanie w piątek (odpowiednik naszej niedzieli 🙂 ) oraz nie w godzinach modlitw. Kobiety na miejscu mogą wypożyczyć burkę, a w zasadzie jej namiastkę. W tym przypadku był to kawał czarnego materiału z kapturem. Dla mężczyzn nie ma specjalnych regulacji, wchodziłem w krótkich spodenkach (za kolano). Wchodząc do pomieszczeń modlitewnych trzeba pamiętać aby zdjąć buty.

Meczet Króla Abdullaha

Meczet Króla Abdullaha i Asia w wypożyczonej na miejscu burce

Meczet został wybudowany w 1989 roku przez króla Husseina na część dziadka, króla Abdullaha. Kompleks jest dość pokaźnych rozmiarów, może pomieścić 7000 osób plus dodatkowe 3000 na zewnątrz. Oprócz części modlitewnej w środku jest także małe muzeum islamu oraz sala konferencyjna. Nad częścią modlitewną znajduje się imponująca niebieska kopuła o średnicy 35 metrów, w środku natomiast zawieszony jest olbrzymi żyrandol. Jeżeli ktoś nie miał okazji wcześniej wejść do meczetu to ten z pewnością jest wart odwiedzenia.

Pod wieczór dojeżdżamy do Akaby na ostatni nocleg i zakupy (przede wszystkim baklawa i daktyle). Następnego dnia przekraczamy granicę, łapiemy taksówkę do centrum Ejlatu i busa hotelowego na lotnisko. Przy wylocie z Izraela trzeba stawić się na lotnisku na 3 godziny przed planowanym odlotem i przygotować się na drobiazgową kontrolę i setki pytań (wszystko wśród wersalskich uprzejmości). Zaraz po wejściu na teren lotniska przeprowadzany jest „wywiad środowiskowy”. Bardzo uprzejmy pan przepytał nas co robiliśmy w Izraelu, Jordanii, co zwiedzaliśmy, czy ktoś w Jordanii wie, że wylatujemy z Izraela, czy ktoś nas wypytywał o Izrael, wręczał nam prezenty… i tak przez 20 min. Czytałem, że na lotnisku w Tel Avivie ta procedura potrafi wydłużyć się nawet do godziny. Następnie skanowany jest bagaż główny i podręczny. Przy okazji kolejna seria pytań czy sami się pakowaliśmy, czy bagaż po ostatnim spakowaniu nie pozostawał bez naszego nadzoru itd. Dopiero teraz można przejść do check-in i nadać bagaż. Jeszcze tylko kontrola paszportowa, ponowna kontrola podręcznego i można w końcu udać się pod gate. Lotnisko Ovda to małe lotnisko, w strefie odlotów są raptem 3 sklepiki, raczej nie warte uwagi. Wylot do Polski odbył się z nieznacznym opóźnieniem. Tak dobiega końca nasza wyprawa do Jordanii.

Advertisements