Gruzja

DSC_0210

 

 

 

 

 

Opisywane regiony: Kutaisi i okolice, Uplistsikhe, Tbilisi, Kazbegi

Termin: 29.12.2013 – 05.01.2014

Trasa:

  • Loty: Warszawa (WAW) – Kutaisi (KUT) – Warszawa (WAW)
  • Przejazd na miejscu: Kutaisi, Gelati, Motsameta, Uplistsikhe, Mtskheta, Tbilisi, Military Highway, Stepantsminda (Kazbegi)

mapa

PRZED PODRÓŻĄ:

Wiza: brak (przynajmniej dla obywateli UE), można wjechać na dowód.

Szczepienia: brak wymaganych

Waluta: Lari, 1 GEL ± 1,8 PLN

Pogoda: Cytując klasyka: Jest zima więc musi być zimno! Tak zupełnie na poważnie to zima w Gruzji jest całkiem przyjemna. W górach, jak to w górach (w końcu to Kaukaz) jest zimniej niż na równinach, czasem mocniej sypnie śniegiem, czasem zejdzie lawina i droga jest zablokowana, ale generalnie pogoda na Kaukazie zimą nie różni się jakoś znacząco od pogody w Alpach.

Natomiast w miastach to zupełnie inna bajka. Jak na tę porę roku to było bardzo ciepło (prawie +10º C) i bardzo słonecznie. Nasze obawy związane z nieuprzątniętymi hałdami śniegu i masą błota pośniegowego (tak dobrze nam wszystkim znany obrazek z polskich miast o tej porze roku) w gruzińskich miastach, okazały się zupełnie bezpodstawne. Jak dowiedzieliśmy się od właścicielki hostelu w Kutaisi, ostatni raz śnieg spadł tam 4 lata temu i generalnie wszystkie zimy przechodzą bardzo łagodnie.

Oczywiście ciepłych ciuchów o tej porze roku nie unikniemy, jednak w naszej opinii nie ma sensu inwestować w ciuchy zimowe inne niż te, z których korzystamy u nas w kraju.

 Różnica czasu: UTC/GMT +4.

 Noclegi:

  • Kutaisi: Kiev Kutaisi Hotel: http://kiev-kutaisi.blogspot.com/ (blog właścicieli z informacją o zakwaterowaniu i danymi kontaktowymi).
    • Hostel leży kilka minut spacerem od centrum Kutaisi. Właściciele są przesympatyczni i bardzo pomocni. Zorganizowali nam transport do Tbilisi, z postojem na zwiedzanie w Uplistsikhe i Mtskheta, a także transport do monasterów Gelati i Motsameta. W cenę hotelu wliczone jest także gruzińskie śniadanie, z czaczą lokalnej produkcji włącznie J. Dla niewtajemniczonych czacza to gruziński winiak (odpowiednik włoskiej grappy) o mocy ok. 50%. W sam raz do śniadania o 8:00 rano J
  • Tbilisi: David L Hotel: http://www.davidl.ge/
    • Dobra lokalizacja, zaraz obok stacji metra Avlabari, kilka minut spacerem od Katedry św. Trójcy. Sympatyczna obsługa, smaczne jedzenie, czyste i przyzwoicie wyposażone pokoje.

Jedzenie:

Gruzińska kuchnia zasługuje na osobny wątek. Nawet jeżeli ktoś nie lubi zwiedzać zabytków czy podziwiać pięknych krajobrazów, ale ceni sobie dobrą kuchnię to do Gruzji śmiało można wyjechać, chociażby tylko dla jedzenia J

Gruzińskich win chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, ale piwa również okazały się bardzo smaczne.

Wśród obowiązkowych potraw, których należy spróbować na miejscu są:

  • Czaczapuri – placek z serem, podawany na różne sposoby w zależności od regionu. Ser w środku, ser na wierzchu, z jajkiem… Różne warianty są dostępne, bardzo sycący, prosty i tani posiłek.
  • Chinkali – gruzińskie pierożki – podobnie jak pierogi u nas, serwowane na setki różnych sposobów. Wersja tradycyjna z kulką mięsa i rosołem w środku, wersja z serem (cos jak nasze ruskie) i masa innych wariantów. Pomimo, że są bardzo sycące zazwyczaj zamawia się je w dużych ilościach. Nasz rekord podczas wyjazdu to 60 pierożków na 6 osób J
Chinkali

Chinkali

Jak się tam dostać?

Odkąd PLL LOT otworzył bezpośrednie połączenie z Warszawy do Tbilisi, a następnie WizzAir do Kutaisi, dotarcie w ten zakątek Kaukazu stało się nie tylko o wiele łatwiejsze, ale także tańsze. Nawet loty w okresie świąteczno-noworocznym (tradycyjnie najdroższym we wszystkich liniach lotniczych) były w bardzo przystępnych cenach.

Można też drogą lądową przez Turcję, ewentualnie przez Rosję (podczas naszego pobytu przejście graniczne z Rosją na północ od Kazbegi było czynne). My wybraliśmy jednak transport lotniczy.

Dzień 1. Kutaisi

Do Kutaisi przylatujemy późnym wieczorem. Lotnisko jest nowe i czyste choć bardzo małe. Pasażerowie z naszego lotu skutecznie wypełnili halę przylotów, przy locie powrotnym w hali odlotów było podobnie, dodatkowo sklepik wolnocłowy był w budowie, także ostatnie zakupy trzeba było zrobić przed udaniem się na lotnisko. Lotnisko w Kutaisi okazało się jak dotąd jedynym lotniskiem, na którym nie było bankomatu (spośród tych, z których kiedykolwiek korzystaliśmy). Był za to kantor, ale z wyjątkowo niekorzystnym kursem wymiany walut. Dojazd z lotniska do Kutaisi kosztował 5 GEL i odbył się na pokładzie mikrobusu z przaśnym ledowym oświetleniem w środku.

Niestety bus nie zawiózł nas do centrum Kutaisi. Zostaliśmy wysadzeni gdzieś na obrzeżach, przy stacji benzynowej, gdzie już czekali panowie taksówkarze. Jako, że było już po 22:00 i zbyt dużego wyboru alternatywnych środków transportu nie mieliśmy, to nie pozostało nam nic innego jak tylko skorzystać z ich usług. Dla tych taksówkarzy znaki drogowe zdają się być tylko luźną i w żadnym wypadku niezobowiązującą wskazówką jak jechać. W pełni wykorzystują szerokość drogi, a o ograniczeniu prędkości zdaje się, że gdzieś słyszeli, ale chyba nie zrozumieli co ono oznacza. Dodatkowo trafiliśmy na kierowcę, który w trakcie tej 10 minutowej jazdy z zdążył wypalić chyba pół paczki papierosów… Jak się później okazało dym papierosowy towarzyszył nam także przez resztę wyjazdu. W Gruzji nie ma ograniczeń w paleniu w komunikacji czy w restauracjach, Gruzini palą wszędzie.

Po zakwaterowaniu w hotelu udajemy się do knajpki z gruzińskim jedzeniem. Jesteśmy grupą 6 osób i przyzwyczajeni do naszych standardów zamawiamy każdy jedno danie dla siebie. Kelner przyjął zamówienie i po chwili wraca mówiąc, że oczywiście oni mogą to przygotować, ale generalnie jest to zestaw dla 20 osób i czy jesteśmy pewni, że tyle chcemy zamówić? Okazuje się, że porcje w Gruzji są naprawdę solidne. Zaserwowane czaczapuri (placek zapiekany z serem) mogłoby spokojnie posłużyć za porcję dla 2-3 osób.

Dzień 2. Kutaisi i przejazd do Tbilisi

O poranku następnego dnia doznaliśmy kolejnego szoku kulinarno-kulturowego… Śniadanie przygotowane przez naszych gospodarzy na pierwszy rzut oka nie wyróżniało się niczym nadzwyczajnym. Lokalny biały ser, świeże pieczywo, jajka, ot zwykłe śniadanie, aż do momentu kiedy przyszedł gospodarz z dwulitrową butelką coca-coli. Tyle, że butelka była przezroczysta a zamiast coca-coli w środku była czacza. Domowej roboty, wedle deklaracji właściciela zawierająca ok. 60% vol. Nie ma to jak kielon o 8 rano 🙂

Katedra Bagrati

Katedra Bagrati

Tak zaprawieni ruszamy na miasto w kierunku katedry Bagrati obowiązkowego punktu w Kutaisi. Usytuowana na wzgórzu Ukimerioni, z którego rozpościera się piękny widok na miasto i ośnieżone szczyty gór w tle, Bagrati została wzniesiona przez króla Bagrata III. Podłoga katedry została ukończona w 1003 r., kamienne nawy po zachodniej i południowej stronie zostały wzniesione w XI i XII w. Wielka kopuła nad katedrą została zniszczona przez Turków w 1692 roku, w wyniku eksplozji. Dość niedawno, bo w 2012 roku, katedra została wyremontowana i ponownie oddana do użytku.

DSC_0045

Bagrati

Tego samego dnia chcemy jeszcze dostać się do Tbilisi. Generalnie z pokonaniem tej trasy nie ma problemu, marszrutki do stolicy jeżdżą często i są dość tanie (10 GEL od osoby). Jest także możliwość przejazdu pociągiem (8 GEL, trzy razy na dobę, 6 godzin jazdy). My jednak chcieliśmy się zatrzymać po drodze w skalnym mieście Uplistsikhe oraz przy świątyni w Mtskheta. Taki plan przy użyciu komunikacji publicznej jest wykonalny, ale wymaga kilku przesiadek i prawdopodobnie nie udałoby się nam zobaczyć wszystkiego w ciągu jednego dnia. Zaczęliśmy zatem poszukiwania jakiegoś prywatnego transportu. Niestety w naszej grupie nikt nie mówił po rosyjsku, a po drugiej stronie angielski niestety szwankował. Ostatecznie udało nam się dogadać z właścicielami hotelu. Przynajmniej tak nam się wydawało, że się dogadaliśmy. Gdy byliśmy już gotowi do drogi, ze spakowanymi bagażami, z plątaniny słów trochę po gruzińsku, trochę po rosyjsku i trochę po angielsku wychwyciłem dwa kluczowe słowa – „small car” (mały samochód). Nie byłem pewien co autorka tych słów miała na myśli, jednak już wkrótce się przekonaliśmy. Przed wejściem do hotelu czekał zaparkowany VW Golf III w wersji combi. Jak na 6 osób i kierowcę to trochę ciasna opcja…

Po drodze do Uplistsikhe robimy krótki postój w Gori. Gori znane jest przede wszystkim z faktu, że to tutaj urodził się Stalin i to w Gori znajduje się muzeum ku czci Stalina… tak, ku czci gdyż miejscowi uważają, że to największy z Gruzinów… Jeśli oceniać skalę działalności nie przez pryzmat dobrych/złych uczynków, tylko z perspektywy zasięgu oddziaływania to rzeczywiście ciężko tu polemizować…

Muzeum jednak w poniedziałki jest nieczynne. Może to i lepiej.

Uplistsikhe to skalne miasto położone ok. 10 km. na wschód od Gori. Jest to jedno z najstarszych siedlisk na Kaukazie. Początki osadnictwa tutaj datowane są na Erę Brązu ok. roku 1000 p.n.e., a główny rozwój na okres od VI w. p.n.e. do I w. n.e. Uplistsikhe było jednym z głównych przedchrześcijańskich ośrodków religijnych Kartli (historycznej krainy w Gruzji Wschodniej), poświęconych bogini słońca.

DSC_0064

Uplistsikhe

Podczas gdy Arabowie okupowali Tbilisi Uplistsikhe stało się rezydencją króli Kartli i istotnym punktem na szlaku karawan z Azji do Europy. U szczytu swej potęgi było zamieszkiwane przez 20 000 mieszkańców. Gdy w 1122 roku Król Dawid X odzyskał Tbilisi znaczenie Uplistsikhe zaczęło się zmniejszać. W 1240 roku zostało bezpowrotnie zniszczone przez Mongołów.

Obecnie, w cenie 10 GEL, możemy odwiedzić teren o powierzchni ok. 40 tys. m2 znany jako Shida Kalaki. Jest to mniej niż połowa powierzchni oryginalnego miasta. Prace archeologiczne rozpoczęły się tutaj w 1957 roku. Wówczas tylko górne części jaskiń były widoczne.

DSC_0123

Uplistsikhe

Nasz następny przystanek to Mtskheta (Mccheta), oddalona o godzinę jazdy od Gori i zaledwie 25 km. na północ od centrum Tbilisi. Leży u zbiegu rzek Mtkvari i Aragvi i jest łatwo osiągalna z Tbilisi dzięki licznym marszrutkom.

Niestety na miejsce docieramy na chwilę przed zachodem słońca, zbyt późno na dłuższe zwiedzanie. Dla Gruzinów Mtskheta ma znaczenie niemal równie ważne jak dla Polaków Częstochowa. To tutaj znajdują się jedne z najstarszych i najważniejszych kościołów w Gruzji. Mtskheta jest centrum duchowym Gruzji odkąd chrześcijaństwo zostało ustanowione na tych terenach w 327 r. Do dziś w katedrze Svetiskhoveli (Sweti Cchoweli) organizowane są ważne ceremonie Gruzińskiego Prawosławnego Kościoła Apostolskiego, jest to także siedziba arcybiskupa Mtskhety i Tbilisi. To właśnie XI-wieczna katedra jest najbardziej charakterystycznym punktem miasta. Wybudowana na planie krzyża, robi niesamowite wrażenie. W czasach gdy powstawała taka budowla musiała być uznawana za olbrzymią. To w tej świątyni spoczywają ciała gruzińskich przywódców. Natomiast w jej podziemiach zgodnie z legendą znajduje się cenna relikwia – szata Chrystusa. Po ukrzyżowaniu Chrystusa szatę miał odkupić Elizjusz, Żyd z Mtskhety. Uważa się, że szata znajduje się pod kwadratowym filarem, udekorowanym freskami.

DSC_0137

Katedra Svetiskhoveli

W Mtskhetcie znajdują się jeszcze dwa inne kościoły warte odwiedzenia. Maleńki kościółek Antioki na tyłach katedry, nad rzeką oraz żeński klasztor (monastyr) Samtawro wybudowany w 1130 r.

Na wzgórzu nad miastem góruje natomiast Monastyr Jvari, najświętszy ze świętych dla Gruzinów. Wybudowany w miejscu gdzie Święta Nino, która nawróciła Gruzję na chrześcijaństwo, zatrzymała się na modlitwę i wbiła drewniany krzyż. W VI w. około 545 roku, Guaram, książę Kartli wzniósł w tym miejscu mały kościół, który został nazwany Małym Kościołem Jvari. Drugi, większy, zwany Wielkim Kościołem Jvari, został wybudowany przez syna Guarama – Stepanoza I w latach 586-605. Monastyr jest wybudowany na planie równoramiennego krzyża.

Późnym wieczorem dojeżdżamy do hotelu w Tbilisi w okolicach stacji metra Avlabari.

Dzień 3. Tbilisi

Zwiedzanie Tbilisi rozpoczynamy od spaceru wzdłuż alei Rustaveli (Rustavelis gamziri), od stacji metra Rustaveli, w kierunku Placu Wolności (Tawisuplebis Moedani). To spacer ok. 1,7 km wzdłuż głównej arterii miasta, przy której znajdują się perły lokalnej architektury. Widać, że lokalne władze włożyły dużo wysiłku by była to rzeczywiście reprezentacyjna aleja. Fasady budynków są odnowione, wzdłuż alei nie parkują samochody, na każdym kroku widać drzewa i kwiaty. Zimą natomiast nad ulicą rozpościera się „dywan” z lampek świątecznych. Warto zatem wybrać się tu na spacer także po zmroku. Rustaveli to aleja, przy której znajdują się liczne sklepy, butiki, restauracje oraz przede wszystkim perły lokalnej architektury. Po drodze mijamy m. in. budynek opery i baletu, Świątynię Kaszweti św. Jerzego, Parlament oraz Muzeum Gruzji.

Tbilisi - spacer

Zaczynamy od stacji metra Rustaveli, zlokalizowanej przy Skwerze Rewolucji Róż (dawniej Skwer Republiki). Rozpościera się stąd widok na rzekę i góry Kaukazu. Ulica Rustaveli rozpoczyna się od pomnika poety (o tym właśnie imieniu). Po jej lewej stronie, już po kilku krokach ujrzymy pięknie odnowioną fasadę budynku  Opery Paliashvili (1896 r.).

opera i balet

Budynek Opery Paliashvili

Po tej samej stronie ulicy, znajduje się także Teatr Rustaveli, wybudowany w latach 1899-1901.

DSC_0179

Teatr Rustaveli

Natomiast kawałek dalej, za hotelem Mariott – Świątynia Kaszweti świętego Jerzego. Uważa się, iż pierwsza świątynia została wybudowana w tym miejscu w VI w. przez Dawida, jednego z trzynastu syryjskich mnichów, którzy przybyli w te rejony by ewangelizować. Z nazwą świątyni wiąże się ciekawa legenda. Kaszueti po gruzińsku oznacza „urodzić kamień”. W owym czasie jedna z zakonnic oskarżyła Dawida o bycie ojcem jej nienarodzonego dziecka. Ten zaś odpowiedział, że jeżeli to prawda to zakonnica urodzi dziecko, zaś jeżeli jest to kłamstwo to urodzi kamień… Łatwo się domyślić co urodziła 🙂 Współczesny kościół powstał w 1910 roku, na wzór XI wiecznej świątyni Samtavisi, zlokalizowanej 60 km na północny zachód od Tbilisi.

DSC_0185

Świątynia Kaszweti św. Jerzego

Naprzeciwko świątyni znajduje się budynek Parlamentu. Powstawał w latach 1938 do 1953, w końcowej fazie był budowany przez sowieckich jeńców wojennych niemieckiego pochodzenia. To miejsce było świadkiem wielu ważnych wydarzeń w historii Gruzji, w tym masakry podczas strajków głodowych w 1989 r., deklaracji niepodległości Gruzji 9 kwietnia 1991 r., a także Rewolucji Róż 22 listopada 2003 r.

DSC_0189

Parlament

Z budynkiem parlamentu sąsiaduje Szkoła nr 1. Powstała w 1802 r. by przygotowywać gruzińską szlachtę do rosyjskiej służby cywilnej. Przed wejściem do budynku znajduje się pomnik dwóch gruzińskich pisarzy i reformatorów Akaki Rostomowicz Cereteliego oraz Ilii Czawczawadze.

DSC_0182

Szkoła nr 1

Plac Wolności to w rzeczywistości obszerne rondo, z pomnikiem św. Jerzego na wysokiej kolumnie. Dawniej na kolumnie znajdował się pomnik Lenina, a sam plac również nosił jego imię. Przy placu znajduje się także ratusz miejski. To tutaj w listopadzie 2003 roku odbyły się protesty, które doprowadziły do ustąpienia prezydenta Eduarda Szewardnadze.

DSC_0225

Plac Wolności

Plac Wolności wyznacza północnozachodnią granicę starego miasta. Dalej kierujemy się wzdłuż ulic Leselidze w kierunku rzeki (przeciwległy koniec placu), Diumas i Avlevi aż do Erekle II Moeadani. Po drodze mija się cerkiew Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego – Anczischati. Jest to najstarsza świątynia w Tbilisi, datowana na VI wiek. Dalej przechodzimy przez Sionis qucha, mijając Katedrę Sioni, jedną z głównych świątyń Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Obecna świątynia pochodzi z przełomu XI i XII wieku, jednak pierwsza świątynia powstała w tym miejscu już w latach 575-639. Wewnątrz katedry znajduje się krzyż św. Nino, jedna z najważniejszych relikwii Kościoła gruzińskiego.

DSC_0233

Katedra Sioni

Dalej wychodzimy na urokliwą, wąską Shardenis qucha z licznymi knajpkami i kawiarenkami. Na końcu ulicy wychodzimy zaraz obok mostu Metekhi. Stąd rozpościera się wspaniały widok na Twierdzę Narikala, majestatycznie wznoszącą się na wzgórzu oraz na świątynię Metechi, po drugiej stronie rzeki. Kierujemy się w stronę tej drugiej.

Metechi to XIII-wieczna świątynia Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Wznosi się nad skalistym urwiskiem nad rzeką Kurą (Mtkwari), przecinającą Tbilisi. Na tarasie, obok świątyni w 1967 roku ustawiono konny pomnik króla Wachtanga I Gorgasali.

DSC_0248

Metechi

Po przerwie na jedzenie, wracamy nad rzekę po zmroku, by oddaną w 2012 roku kolejką linową wjechać na wzgórze Narikala. Z wagoników kolejki rozpościera się piękny widok na miasto. Przejazd kolejką kosztuje 1 GEL i można go opłacić tą samą kartą zbliżeniową, która jest wykorzystywana także do podróży metrem. Stacja kolejki na wzgórzu ulokowana jest tuż przy samej twierdzy. Widok na rozświetlone Tbilisi zapiera dech w piersiach.

DSC_0306

Tbilisi

Ponieważ jest 31 grudnia, wieczorem udajemy się na imprezę sylwestrową. Na placu, u podnóża świątyni Metechi rozstawiona została scena, na której odbywał się noworoczny koncert.

My udaliśmy się na imprezę do knajpy „In Vino Veritas” (Kikodze 8, Geronti Kikodze Street, Tbilisi, Gruzja, +995 599 33 43 99). Sama knajpa ma bardzo dobre recenzje, jedzenie było smaczne, właściciele sympatyczni, a wieczór był wzbogacony gruzińską muzyką i tańcami. Jednak miejsce okazało się bardzo kameralne (4 stoły dla łącznie ok. 20 osób) i chyba nie do końca takie jakiego oczekiwaliśmy na sylwestrową imprezę…

W drodze powrotnej do hotelu okazało się, że koncert noworoczny skończył się ok. 1 w nocy, jednak zdecydowana większość Gruzinów kontynuowała zabawę na ulicy oraz w klubach. Szczególnie oblegana była wąska uliczka Shardenis qucha, którą zwiedzaliśmy w ciągu dnia. Okazało się, że oprócz knajpek i kawiarenek jest tutaj także sporo klubów J

Dzień 4.

Nowy Rok to nie może być intensywny dzień… Plan dnia to relaks w słynnych łaźniach siarkowych. Zanim jednak udamy się do łaźni wracamy pod Twierdzę Narikala, bo zobaczyć zabytek w świetle dnia. Już sam leniwy wjazd kolejką linową i delikatne kołysanie sprawiają, że najchętniej wrócilibyśmy do hotelu, by pospać jeszcze 5 min…

DSC_0362

Mury Twierdzy Narikala

Mury twierdzy pochodzą z różnych okresów. Najstarsze datowane są na IV wiek, gdy była to perska cytadela. Fundamenty wieży oraz większość współczesnych murów powstały w VIII wieku. Wybuch amunicji w 1827 roku spowodował znaczne zniszczenia zarówno samej fortecy jak i świątyni św. Mikołaja wewnątrz. Świątynia została odbudowana w latach 90-tych XX wieku.

Idąc od stacji kolejki linowej w odwrotnym kierunku niż do twierdzy dojdziemy do wielkiej metalowej statui „Kartlis Deda” (Matki Gruzji). Ta wielka aluminiowa kobieta trzyma w jednym ręku miecz, a w drugim kielich wina. Idealna metafora Gruzji…

Do łaźni siarkowych schodzimy wąską kamienną ścieżką wiodącą u podnóża twierdzy.

DSC_0398

Łaźnie siarkowe

Wynajęcie łaźni na godzinę to wydatek rzędu 10 GEL za prywatne pomieszczenie, za dopłatą 5 GEL można zamówić usługę masażu, który w praktyce jest raczej „peelingiem” niż masażem. Łaźnia okazała się idealną terapią na trudy „dnia po” i nie jest to odosobniona opinia. Z tych łaźni przed nami korzystali także Aleksander Dumas oraz Puszkin, obaj oceniając je jako najlepsze z jakich kiedykolwiek korzystali.

Zrelaksowani i pełni sił postanawiamy wybrać się na wzgórze z wieżą telewizyjną górującą nad miastem – Mtatsminda. Na szczyt wjeżdża kolejka wąskotorowa. Być może z powodu niewyspania, a może ze względu na „noworoczne rozkojarzenie” ale w jakiś magiczny sposób nie udaje nam się znaleźć dolnej stacji kolejki i całą drogę na górę pokonujemy pieszo…

Na miejsce docieramy po zmroku, po drodze mijając maleńką świątynię Mamadaviti (mniej więcej w połowie drogi). Powstała w latach 50-tych XIX wieku pełni funkcję narodowego panteonu. To tutaj są pochowani pisarze i osoby publiczne włączając w to Illię Czawczawadze (to ten z pomnika obok szkoły nr 1 przy Parlamencie).

Na szczycie góry znajduje się park rozrywki. Można tutaj także pojeździć na łyżwach i skosztować lokalnych specjałów na jarmarku bożonarodzeniowym, w tym pysznego grzanego wina.

Dzień 5. Wojskowa autostrada

Z samego rana wsiadamy w metro i jedziemy na dworzec autobusowy Didube. To stąd odjeżdżają marszrutki jadące „wojskową autostradą” w kierunku rosyjskiej granicy. Ostatnim miastem po gruzińskiej stronie przed granicą jest Stepantsminda (oficjalna nazwa) powszechnie miasto (w zasadzie wioska) nadal określane jest jako Kazbegi (dawna nazwa). Bus kosztuje 10 GEL, a przejazd trwa ok. 3h.

Uwaga dla osób, które wolą korzystać z bankomatu niż nosić przy sobie gotówkę. Na początku stycznia 2014 w Kazbegi nie było bankomatu. Najbliższy bankomat był w Gudauri (ok. 20km przed Kazbegi), zatem dobrym pomysłem może być wypłacenie gotówki jeszcze w okolicy dworca Didube w Tbilisi.

Droga do Kazbegi jest bardzo malownicza. Sprzyja nam pogoda, świeci słońce a ośnieżone szczyty majestatycznie górują nad krajobrazem. Niestety wadą podróży marszrutką jest brak możliwości postoju na sesję fotograficzną. Pozostaje podziwianie krajobrazów przez okna busa.

DSC_0441

Po drodze przejeżdżamy przez Gudauri. To gruziński kurort narciarski. Mamy w planach by podczas tego pobytu zahaczyć o tutejsze stoki narciarskie, jednak jak się dowiadujemy ze względu na słabe opady śniegu w grudniu, warunki do szusowania są słabe i większość wyciągów nie funkcjonuje.

Cztery kilometry za Gudauri mijamy przełęcz Jvari (gruz. Krzyż). Przełęcz znajduje się na wysokości 2379 m n.p.m. i słynie z częstych lawin. Zarówno w tym miejscu jak i w wielu innych na wojskowej autostradzie, można zauważyć ciekawe rozwiązanie architektoniczne pozwalające utrzymać przejezdność drogi także po zejściu lawiny. Otóż dość często obok drogi właściwej, przy masywie góry, wybudowany jest „tunel” tudzież wybetonowany przejazd, który pozostaje przejezdny dla samochodu po zejściu lawiny. Niestety fora internetowe donoszą, że nawet to rozwiązanie nie zawsze jest panaceum na gruzińskie lawiny i dość często zdarza się, że i tak drogi nie są przejezdne przez kilka dni, albo tygodni…

O samym Kazbegi można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest ładnym miastem. Jest z pewnością dużo tańsze niż Gudauri, jest także dobrym punktem wypadowym na piesze wycieczki po okolicy, ale niestety samo miasto to obraz post sowieckiej architektury w najgorszym wydaniu.

W dniu przyjazdu, po znalezieniu zakwaterowania, nasz gospodarz proponuje nam wycieczkę pod wodospad. Nasz przewodnik nie wspomina o żadnym wodospadzie w okolicy, ale propozycja wydaje się kusząca. Ruszyliśmy w kierunku granicy z Rosją i około kilometr przed punktem granicznym skręciliśmy w lewo na nieutwardzoną drogę, i kontynuowaliśmy przejazd po dziurach i wertepach (dobrze, że samochód miał napęd 4×4) przez ok. 10-15 min. Jeszcze tylko jakieś 30 min. na piechotę i byliśmy pod wodospadem.

DSC_0512

Jeszcze nigdy wcześniej nie miałem okazji oglądać na wpół zamarzniętego wodospadu. Woda cały czas spływała silnym strumieniem, jednocześnie tworząc piękne formacje lodowe. Rzeka odchodząca od wodospadu również w większości była zamarznięta. Miejscami, pod wygładzonym lodem widać było wartki strumień wody. Piękny widok. Niestety słońce już chowało się za szczytami gór i zaczynało się ściemniać, wróciliśmy zatem dość szybko do Kazbegi.

Wieczór w Kazbegi okazał się być dość surrealistycznym przeżyciem. Na dworze panował już mrok ale godzina była jeszcze wczesna i nikt nie chciał jeszcze iść spać. Miasto niestety nie oferuje żadnych rozrywek, zasiedliśmy zatem do gry w karty. Ponieważ w pokoju było zimno, zeszliśmy na dół by poprosić gospodarzy aby mocniej napalili w piecu bo nam zimno. Ku naszemu zaskoczeniu na rozgrzewkę otrzymaliśmy kieliszki i butelkę czaczy… Trzeba przyznać, że pomogło… 🙂

Dzień 6. Kazbegi

Nad miastem góruje wygasły wulkan – góra Kazbek (5047 m n.p.m.). Legenda głosi, że to na tej górze bogowie uwięzili Prometeusza za kradzież ognia. Aby wejść na szczyt i zejść trzeba zarezerwować 4 dni. Ponieważ nie jesteśmy przygotowani do wspinaczki i nie dysponujemy aż taką ilością czasu, wybieramy zdecydowanie prostszy wariant i udajemy się do świątyni Tsminda Sameba (Świętej Trójcy). Wybudowana w XIV w. na wysokości 2200 m n.p.m. jest jednym z symboli Gruzji. Pocztówkowy krajobraz ośnieżonych szczytów Kaukazu i maleńka, kamienna świątynia…

DSC_0464

Tsminda Sameba i góra Kazbek

Trzeba przyznać, że pomysł wybudowania świątyni w tak odosobnionym i niedostępnym miejscu budzi podziw.

Dystans z Kazbegi do świątyni to ok. 6,5 km i powinno się zarezerwować ok. 1,45 h na jego pokonanie. Można oczywiście pójść na łatwiznę i do świątyni podjechać samochodem, prowadzi tam nieutwardzona droga o nawierzchni umożliwiającej dojazd nawet zwykłym osobowym samochodem. My jednak wybieramy spacer. Świeci słońce, temperatura jest tylko nieznacznie poniżej zera, podejście nie jest szczególnie strome, zatem w połączeniu z pięknymi widokami to idealna forma relaksu. Mamy wystarczająco czasu na delektowanie się ośnieżonymi szczytami.

DSC_0612

Kazbek

Z powrotem na dole jesteśmy ok. godz. 14:00. Tego dnia mieliśmy w planach jeszcze podjechać do Gudauri na narty, jednak rezygnujemy z tego pomysłu dowiedziawszy się, że ze względu na małą ilość śniegu większość wyciągów jest nieczynna. Podejmujemy zatem decyzję o powrocie do Tbilisi. Tu pojawia się pewna trudność, żeby nie powiedzieć wyzwanie. Ostatnia marszrutka do Tbilisi odjeżdża ok. godz. 17.00. Problem w tym, że jest na nią więcej chętnych niż miejsc w środku…

Lokalni taksówkarze już zacierają ręce, jednak my nie planujemy tak łatwo odpuszczać. W końcu brakowało miejsc tylko dla dwóch osób. Efekt był taki, że jeden gość jechał na stojąco a drugi na plastikowym taboreciku. Ukoronowaniem tego oryginalnego powrotu był fakt, że w okolicy Gudauri kierowcy marszrutki zadzwonił telefon, a ten niewiele myśląc zatrzymał się i zaczął zawracać. Po chwili byliśmy z powrotem w Kazbegi. Jeden z pasażerów zapomniał coś zabrać…

Dzień 7. Tbilisi i powrót do Kutaisi

Ponieważ nasz hotel usytuowany jest w dzielnicy Avlabari, udajemy się na spacer po okolicy. To tutaj znajduje się jeden z symboli Tbilisi – Sobór Trójcy Świętej w Tbilisi (Tsminda Sameba) – sobór katedralny Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego i jednocześnie siedziba Katolikosa – Patriarchy Gruzji. Budowę świątyni rozpoczęto w 1995 roku by uczcić 2000 lat chrześcijaństwa w Gruzji, jednak ze względów ekonomicznych prace się przeciągały i pierwsze nabożeństwo zostało odprawione w 2002 roku.

DSC_0676

Sobór Trójcy Świętej w Tbilisi

Niedaleko świątyni znajduje się pałac prezydencki, z charakterystyczną szklaną, jajowatą kopułą. Jednak turyści z aparatami nie są mile widziani w pobliżu pałacu.

Krótki spacer przez szklany i bardzo designerski „Most Pokoju” (oddany w 2010 r.) i wracamy na stare miasto by zjeść obiad przed powrotem do Kutaisi.

DSC_0284

Most Pokoju

Marszrutki do Kutaisi również odjeżdżają z dworca Didube. Koszt to podobnie jak w przypadku Kazbegi 10 GEL, a przejazd trwa ok. 4,5 – 5h. Niestety podobnie jak w przypadku kursu z lotniska, także bus z Tbilisi nie wjechał do centrum Kutaisi tylko kierowca wysadził nas gdzieś na obrzeżach i wezwał nam taksówki…

Dzień 8. Okolice Kutaisi

Lot powrotny do Warszawy jest późno wieczorem, mamy zatem jeszcze cały dzień na poznawanie okolic Kutaisi. W praktyce okazuje się, że to aż za wiele 🙂

W planie mamy świątynie Gelati oraz Motsameta, jednak nasi gospodarze namawiają nas także na „nową” atrakcję w okolicy – jaskinie Prometeusza. Tym razem udaje nam się znaleźć środek transportu, który już na etapie projektowania zakładał, że będzie nim podróżować siedem osób…

Zaczynamy od jaskiń. Odkryte w 1983 r. zostały stosunkowo niedawno przystosowane dla turystów. Ułożono ścieżki, a formacje skalne, stalaktyty, stalagmity i stalagnaty zostały podświetlone różnokolorowym światłem dając piękny efekt. Za dodatkową opłatą wnętrze jaskini można zwiedzić płynąc łódką (niestety w trakcie naszej wizyty ta opcja nie była dostępna). Dla turystów dostępnych jest ok. 1,06 km. tras, w tym 16 pomieszczeń o różnym kształcie i powierzchni. W środku panuje stała temperatura 16° C. Wejściówka z przewodnikiem, bardzo dobrze mówiącym po angielsku, to wydatek 7 GEL.

DSC_0698

Jaskinie Prometeusza

Nasz następny przystanek to Gelati. Trzeba przyznać, że Gruzini od zawsze mieli zamiłowanie do budowania świątyń w odosobnionych, trudno dostępnych lokalizacjach, najlepiej na szczycie wzgórza z pięknym widokiem. Gelati nie jest tutaj wyjątkiem. Monastyr został wybudowany w 1106 r. przez Dawida IV Budowniczego, 10 km. na północny-wschód od Kutaisi. Świątynia powstała w celach kulturalno-oświatowych. Król Dawid sprowadził tutaj wybitnych uczonych i w owym czasie Akademia Gelati uchodziła za „drugie Jeruzalem”. Wielu gruzińskich władców zostało tutaj pochowanych, włączając króla Dawida Budowniczego oraz Bagrata III.

DSC_0737

Gelati

Wewnątrz katedry szczególnie godne uwagi są freski, uchodzące za jedne z najlepiej zachowanych w Gruzji. Powstawały w różnych okresach między XII i XVIII w. Na zewnątrz, obok katedry znajduje się mały kościół św. Mikołaja oraz pozbawione dachu pozostałości akademii.

DSC_0724

Po drodze w kierunku Kutaisi zatrzymujemy się jeszcze przy maleńkim monasterium – Motsameta. Położone 6 km od Kutaisi zostało zbudowane na klifie nad rzeką Tskhaltsitela. Nazwa rzeki oznacza „Czerwona Woda” i odnosi się do arabskiej masakry w VIII w.

DSC_0763

Motsameta

To ostatni przystanek w naszej podróży po Gruzji. Tydzień to zdecydowanie za mało by poznać wszystkie uroki tego kraju. Z pewnością warto przyjechać tutaj także w ciepłych miesiącach by skorzystać plaż w Batumi oraz Poti. Natomiast dla osób spragnionych gór pozostają jeszcze takie regiony jak Svaneti czy Borjomi. Warto też przyjechać tutaj w październiku, gdy organizowany jest festiwal wina, szczególnie do regionu Kakheti, który jest winiarskim centrum Gruzji. Mamy nadzieję jeszcze do Gruzji wrócić by poznać inne urokliwe zakątki tego kraju.